Czekaliśmy w trójkę na Aspena,który się spóźniał. Byłam poirytowana jego zachowaniem. Nie to,że spóźniał się pięć minut. Nie przychodził przez dwadzieścia minut. Grover spał w samochodzie,na tylnym siedzeniu. My z Annabeth czekałyśmy koło auta i dyskutowałyśmy gdzie powinnyśmy zacząć poszukiwania. Postawiłyśmy na zatokę w Kalifornii. Byłam ubrana w czarny stanik sportowy,szarą podkoszulkę,niebieską bluzę,czarne rurki i glany. W kieszeni miałam złoty długopis-miecz i muszlę-tarczę. Annabeth miała czerwone rurki,zieloną podkoszulkę,czarną bluzę na zasówak i trapery. Z kieszeni na tyłku wystawała pomarańczowa czapka jakiegoś klubu piłkarskiego. Miała dwa sztylety i miecz. Nasze czarne plecaki były w bagażniku,a w nich nektar i ambrozja-dla leczenia ran,ciuchy na przebranie,woreczki drachm,zwykłe pieniądze i mapy oraz jedzenie i picie. Już miałam powiedzieć Austowi,żeby jechał bez niego,kiedy niestety zobaczyłam Aspena pędzącego do nas. Miał na sobie czarne spodnie,szary podkoszulek,bluzę i buty. Czarne włosy były w
jeszcze większym nieładzie niż zwykle. Usiadłam z przodu,koło wielookiego szefa ochrony,a oni z tyłu.
-Spóźniłeś się-wytknęłam mu.
Zarumienił się,ale nic nie powiedział na swoją obronę.
Przez pięć godzin jechaliśmy w ciszy,bo spaliśmy. Kiedy dojechaliśmy na miejsce,obudził nas Aust. Wysiedliśmy i zabraliśmy z bagażnika nasze plecaki. Zarzuciłam swój na ramiona i ruszyłam obok Grovera. Miał na sobie dres,bluzę i buty za kostki,a na głowie czapkę reagge. Wyglądał jak zwykły śmiertelnik. Mamy szukać statku linowego "Księżnika Andromeda". To tam najprawdopodobniej jest Róg Obfitości i uwięzieni półbogowie. Nic się nie działo przez połowę drogi,a potem znikąd pojawili się żołnierze-szkielety. Ruszyły uzbrojone w broń palną i pałki,prosto na nas. Moim pierwszym odruchem było,sięgnięcie po miecz,ale w ostatniej chwili się powstrzymałam. W około było mnóstwo ludzi.
-Musimy im jakoś zwiać-oznajmiłyśmy w tej samej chwili,ja i Annabeth.
-Rozdzielamy się. Annabeth i Aspen razem na prawo,my z Groverem na lewo. Spotkamy się w umówionym miejscu za godzinę-powiedziałam.
Nikt się nie sprzeciwił. Dziewczyna i chłopak od razu wbiegli w boczną uliczkę. My musieliśmy się cofnąć kilka metrów,ale zajęło nam to z dwie minuty. Kilka szkieletów pobiegło za nami,kilka za nimi. Nie dało się ich zabić,bo składali się w kilka minut.
-Zgubimy ich w tym labiryncie uliczek-mruknęłam do siebie.
Skręcaliśmy z Groverem w pierwszą lepszą kolejną uliczkę. Sami się nawet zgubiliśmy po dziesięciu minutach w tym cholernym labiryncie. W końcu jakimś cudem wypadliśmy na jedną z głównych ulic i rozejrzeliśmy się. Otaczali nas tylko ludzie,ale na wszelki wypadek nadal biegliśmy,tylko wolniej.
-Gdzie my,cholera,jesteśmy?-zapytałam,kiedy przestaliśmy biec.
Rozejrzałam się,ale nigdzie nie było nazwy ulicy. Otaczały nas magazyny i fabryki.
-W dzielnicy magazynów i fabryk-odpowiedział satyr,równie zdezorientowany co ja.
-Zgubiliśmy się-westchnęłam i sięgnęłam do swojego plecaka.
Wyciągnęłam mapę i zaczęłam szukać naszej pozycji. Musieliśmy stąd jakoś wyjść,ale na pewno nie tą samą drogą co tu przybiegliśmy. Mój niepokój sięgnął zenitu,kiedy wreszcie nas znalazłam. Byliśmy w pomarańczowej strefie. Kręciły się tu potwory jak i ludzie,ale akurat żadnego nie było w pobliżu. Po naszej lewej była czerwona strefa. Siedlisko wszelkich potworów. Na pewno zbladłam,kiedy się dowiedziałam gdzie jesteśmy. Wzięłam kilka uspokajających oddechów i podniosłam wzrok na satyra.
-Brzydko pachnie-oznajmił.
-Musimy się stąd wydostać,jak najszybciej-stwierdziłam.
Skręciłam w uliczkę po prawej stronie i zderzyłam się z kimś...a raczej z czymś. Był to potwór w ludzkim przebraniu. Oboje wylądowaliśmy na ziemi. Wstałam błyskawicznie i wyciągnęłam długopis z kieszeni. Nacisnęłam go i stał się dużym złotym mieczem. Nazwałam go Atlantyk. Wycofałam się z uliczki na plac główny za Groverem. Potwór ruszył powoli za nami,przybierając swoją prawdziwą postać. Zaczął rosnąć. Już po chwili miałam przed sobą wężo-człowieka. Miał głowę,ręce i tułów człowieka,ale nogi już węża. Z jego ust wysunął się wąski i rozcięty na pół wężowy język. Oczy też miał wężowe. Niebieskie z pionowymi źrenicami. Nie chciałam się zdradzić kim jestem,ale on najwidoczniej wiedział o mnie więcej,niż powinien.
-Poddaj się,córko Posejdona-zażądał szorstkim i sycącym głosem.
Zaklnęłam po grecku i wyciągnęłam muszę. Nacisnęłam na nią i już po sekundzie miałam przypiętą do ramienia niebieskawą i okrągłą tarczę. Cztery mocne,skórzane paski trzymały tarczę na mojej ręce. Zatrzymałam się na samym środku placu i lekko ugięłam kolana.
-Nie zamierzam-warknęłam w odpowiedzi i zaatakowałam błyskawicznie.
Nie zdążył nawet zrobić uniku. Rozpołowiłam go na dwie części,a on zamienił się w czarnawy pył.
-Ich jest więcej!-jęknął Grover.
Rozejrzałam się. Faktycznie. Potwory nas otoczyły i nie mieliśmy jak uciec. Uśmiechnęłam się mało przyjaźnie. Były to różne potwory. Małe,duże,szybkie i przebiegłe.
-Walczysz,czy zwiewasz?-zapytałam go.
-Nie zostawię Cię samej-odpowiedział.
-Trzymaj je od siebie na dystans i pobaw się w łucznika. Będę Cię osłaniać-oznajmiłam mu.
Ściągnął łuk z ramienia i wyciągnął strzałę z kołczanu na swoich plecach. Ja w tym czasie wbiłam miecz w ziemię i zaczęłam tworzyć okrąg naokoło niego. Kiedy skończyłam,skupiłam się na wodzie. Wytrysnęła z dziury,którą przed chwilą zrobiłam i urosła na metr. Na wierzchu się pieniła i wyglądała jak fala. Nieokiełznana i silna. Gilver strzelił w wielkiego potwora,a on zmienił się w pył. Zdenerwowało to inne potwory i ruszyły na nas. Skupiłam się na najszybszych potworach. Cięłam,parowałam i blokowałam. Nie wiem ile zajęło nam czasu pozbycie się potworów,ale ściemniło się trochę. Za trzy godziny zajdzie słońce,a my nawet nie jesteśmy w komplecie. Wypuściłam wodę i opuściłam miecz. Podeszłam do Grovera z uśmiechem.
-Wygraliśmy!-stwierdziłam,ale satyr zbladł.
-Coś mi się nie wydaje-odpowiedział męski głos za mną.
Odwróciłam się błyskawicznie,unosząc tarczę i miecz. Zobaczyłam Annabeth,trzymaną przez blond włosego chłopaka. Miał niebieskie oczy i był przystojny. Chudy i silny. Do szyi blondynki przystawił ostrze sztyletu z niebiańskiego spiżu. Niebiański spiż jako jedyny mógł zabić potwory,nie czyniąc śmiertelnikowi żadnej krzywdy. Mój miecz też był wykonany z tego metalu. Za nim stali moi wrogowie. Czarnowłosy chłopak i brunet z łukiem. Wbiłam wzrok w blondyna trzymającego jako zakładniczkę Annabeth. Ciśnienie mi podskoczyło. Co oni sobie wyobrażali,do cholery?!
-Luke! Natychmiast ją puść!!-krzyknął Grover,stojący obok mnie.
Był zdenerwowany i przerażony jednocześnie. Czyli to był Luke,syn Hermesa. Zupełnie go olał,obserwując mnie. Podobnie jak jego wojownicy.
-Szkoda,że się nie utopiliście. Nikt za Wami nie tęsknił-warknęłam w stronę czarnowłosego i bruneta.
-Poddaj się,Sabrino-nakazał blondyn.
Zerknęłam na satyra,który przestępował z nogi na nogę,a potem na Annabeth. Była przerażona,zmęczona i smutna. Gra toczyła się o jej życie i nie zamierzałam ryzykować. Polubiłam ją i nie chciałam,żeby zginęła,ale miałam szalony plan. Skoro to Luke,a on ma Róg Obfitości to zabierze nas do niego.
-Mam plan-oznajmiłam cicho,nie poruszając ustami.
-Dobra-odpowiedział.
Warknęłam cicho,w kierunku blondyna.
-Nie rób jej krzywdy!-powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
-Rzućcie broń na ziemię-zażądał w odpowiedzi.
Rzuciłam ze złością złotym mieczem na ziemię. Upadł z cichym hukiem,podobnie jak tarcza. Grover rzucił łukiem i kołczanem na ziemię. Poczułam silne i zimne ręce na własnych. Wiedziałam,że drugi brunet wiąże mi ręce sznurem. Pozwoliłam mu na to. W końcu i tak musielibyśmy się dostać na statek. Niech pomyśli,że wygrał.
-Zbierz broń-rozkazał czarnowłosemu Luke.
Poczułam silny uścisk na ramieniu i mocne szarpnięcie. Mam dobry refleks i tylko dzięki temu nie upadłam na ziemię. Zacisnęłam mocno szczękę,ale nie zrobiłam nic. Czekałam na właściwy moment oraz na miecz i tarczę,które musiały się pojawić w mojej kieszeni. Taka magiczna sztuczka. Linowiec "Księżniczka Andromeda" był duży i mieścił wiele potworów oraz herosów,którzy przeszli na złą stronę. Statek miał kilka poziomów i jak się okazało miał też więzienie. Żeby się tam dostać musieliśmy przejść przez pokład dla kapitana,który służył chyba Luke'owi jako sala obradowa czy coś w tym stylu. Na ścianie naprzeciwko wielkiego okna od podłogi,aż po sufit wisiał przybity do ściany Róg Obfitości. Był wykonany z białego spiżu,udekorowany małymi scenkami,złotymi i srebrnymi. Jakieś drzewka,kwiaty i coś tam jeszcze. Biła od niego moc. Potężna wiązanka dobrej magii. Była wykonana przez Hefajstosa dla Hery,jako jakiś dar. Nie za bardzo wchodziła mi do głowy mitologia. O imionach już nie wspomnę. Zobaczyłam Róg tylko kontem oka,ale wiedziałam,że to o ten róg chodzi. Potem wylądowałam razem z Annabeth i Growerem w celach. Ja i córka Ateny wylądowałyśmy w mocniejszych celach. Jestem Córką Posejdona,więc to czyni mnie niebezpieczną. Annabeth jest cholernie mądra,więc również jest poniekąd niebezpieczna. Grover to tylko mały,przerażony satyr. Wylądowałam na kolanach w niedużej,brudnej celi z kratami. Kiedy zostaliśmy sami,zaczęłam szarpać rękami. Po chwili sznur pękł,ale pozostawił brzydkie zadrapania na nadgarstkach.
Miecz i tarcza wróciły do moich kieszeni,kiedy tylko znalazłam się w celi,więc wyciągnęłam złoty długopis i nacisnęłam go. Rozwinął się w metrowy,złoty miecz. Zamachnęłam się na kraty i przecięłam je,jakby były z gumy. Zrobiłam sobie przejście i uwolniłam moich przyjaciół oraz innych więźniów. Zrobiłam w ścianie wielką dziurę i zagwizdałam. Dziesięć hipokampów pojawiło się po kilku sekundach przed dziurą,płynąc za statkiem. Były to pół konie,pół ryby. Miały wielkie i silne ogony ryb do połowy ciała ubarwione kolorowo,a przednie nogi,szyję i głowy miały białych koni. Przywitały się ze mną w moim umyśle. Poinformowałam je,gdzie mają zawieść herosów i odwróciłam się do półbogów.
-Hipokampy zawiozą Was do Obozu. Skaczcie-oznajmiłam.
Posłuchali mnie i w milczeniu skakali. Syn Hefajstosa zostawił nam dwie duże torby pełne słoików z greckim ogniem. Z pewnością nie byliśmy odpowiedzialni,chyba że jedynie Annabeth. Po chwili narady,stwierdziliśmy,że zostawimy je wszędzie,gdzie się da. Dwa rozbiliśmy w cali,całą torbę w maszynowni.cztery na wyższym piętrze,a resztę na korytarzu. Wyciągnęłam muszle z kieszeni i nacisnęłam ją. Szłam pierwsza i moim zadaniem było odwrócić uwagę potworów i wrogich półbogów od Grovera i Annabeth. Mi się podobało. Tanecznym krokiem weszłam do sali obrad,gdzie było jakieś spotkanie. Wszyscy gapili się na mnie zdziwieni. Cóż,przynajmniej dopóki nie zabiłam czterech wężowych kobiet i olbrzyma. Luke poczerwieniał lekko na twarzy. Zasłoniło go czterech herosów,którzy próbowali mnie zabić kilka dni temu. Uśmiechnęłam się przerażająco i zaczęłam przedstawienie. Potwory rzuciły się na mnie z wrzaskiem. Tych z lewej waliłam tarczą,tych z prawej zabijałam mieczem,a ci co byli przede mną dostawali kopniaki. Dość szybko poszło mi z potworami. Gorzej było z herosami. Nie zabijałam ich,tylko unieruchomiałam. Kiedy ja sobie walczyłam z czarnowłosym i brunetem(została tylko straż przyboczna Luke'a i on sam),Grover i Córka Ateny wpadli i zabrali Róg Obfitości. Uchyliłam się przed ciosem czarnowłosego i zablokowałam cios bruneta tarczą. Kopnęłam czarnowłosego w krocze,a bruneta znokałtowałam tarczą i ruszyłam za przyjaciółmi. Wyskoczyliśmy za burtę i nakazałam prądom ponieść nas jak najdalej od statku. Zdążyliśmy się oddalić na bezpieczną odległość zanim statek wybuchnął.