Zaczęły na mnie polować na mnie demony. Dwa dni temu zabiłam dwa niedźwiedzio podobne demony. Od tamtej chwili opiekuje się mną satyr,Grover Asford. Od tamtego czasu uciekam od półbogów,bogów i innych stworzeń. Wylądowałam w Nowym Jorku. Wiedziałam,że kiedyś tam będę musiała pójść do Obozu Herosów,ale nie widziałam tego w bliskiej przyszłości. Nauczyłam się hamować swoją wściekłość i złość.
Kiedyś rzuciłam się na jakiegoś dzieciaka,bo powiedział coś głupiego o mojej mamie. Wylądował w szpitalu,załatwiłam go na amen,miał szczęście,że przeżył. Zaplotłam swoje długie ciemnobrązowe włosy,które były do połowy pleców,w warkocza i przewiesiłam przez prawe ramię. Wdałam się w ojca. Byłam wysoka i silna,włosy i oczy miałam identyczne jak on. Sylwetkę odziedziczyłam po mamie. Szerokie biodra,wcięcie w talii i chude nogi. Charakter miałam swój. Trudny i cholernie silny,ale jeśli się do kogoś przywiąże potrafię udowodnić swoją przyjaźń. Potrafie walczyć o swoje. Wskoczyłam do lodowatej wody w spodenkach i podkoszulce. W wodzie mogłam myśleć i nabrać siły. Uśmiechnęłam się lekko,siadając na piaszczystym dnie. Woda była błękitna i czysta. Zobaczyłam na dnie piękną pustą muszlę i złoty długopis. Wzięłam długopis do prawej ręki,a muszlę do lewej.
"Od teraz to Twój miecz i tarcza,droga córko"-oznajmił Posejdon w mojej głowie.
Każdy półbóg może słyszeć swojego boskiego rodzica. Mój tata odzywa się co jakiś czas i od czasu do czasu coś od niego dostaje. Ostatnio dostałam klucz rozgwiazdowy. Odbiłam się stopami od dna i powoli zaczęłam płynąć na powierzchnię. Potrafię wstrzymać na długo oddech pod wodą. Jezioro,w którym pływałam znajdowało się z dala od ludzkich oczu,było długie i głębokie. Machnęłam nogami i znalazłam się na powierzchni. Podpłynęłam do pomostu,położyłam muszlę i długopis i podciągnęłam się na rękach. Robiłam to tyle razy,że doszłam do wprawy. Klepnęłam na dwóch teraz już mokrych deskach pomostu i odetchnęłam głęboko. Założyłam buty i zabrałam dary ojca. Wstałam i ruszyłam powoli pomostem na plażę,gdzie czekał na mnie Glover. Wywróciłam oczami kiedy się wyszczerzył i pomachał mi. Nie śpiesząc się nigdzie szłam po pomoście. Mokre ciuchy kleiły się do ciała i trochę mi było niewygodnie. Satyr ustalił sobie regułę,że jak jestem pod wodą,albo w wodzie daje mi prywatność. Nie wisi nade mną,tylko czeka na brzegu. W lasku za nim coś mignęło,było szybkie,ale nie dość. To wystarczyło,żebym spoważniała i zaczęła truchtać. Grover w mig zorientował się,że coś nie gra,bo odwrócił się i puścił dwa czarne plecaki. Byłam w połowie pomostu kiedy to coś znowu mignęło w lasku. Byłam zaniepokojona i lekko zirytowana. Ruszyłam sprintem do satyra. Nagle z znikąd metr przede mną wylądowała strzała,która płonęła. Pomost szybko się zapalił,a ogień ruszył w moją stronę. Wbiłam w niego wzrok i przy śpieszyłam. Wybiłam się i przeskoczyłam płomienie. Gorąco buchnęło mi pod stopami,a czas na chwilę zwolnił. Serce podeszło mi do gardła. Krew w żyłach przyśpieszyła,a ja poczułam,że wreszcie żyłam naprawdę. Walka,to była część mnie. Wylądowałam na prawej nodze i od razu lewa wystrzeliła przed prawą. Czas ruszył dalej,serce wróciło na swoje miejsce,ale krew dalej szalała mi w żyłach. Po minucie znalazłam się koło Grovera,z przyśpieszonym oddechem.
-Jak myślisz co to jest?-zapytałam go,ledwie poruszając ustami.
Czuć było od niego,że ma stracha. Zerknął na mnie.
-Nie mam pojęcia,ale na pewno musi być tu łucznik-odpowiedział piskliwym głosem.
Odwróciłam do niego głowę,nie dowierzając. Zmienia się w piszczącą dziewczynkę? A gdzie jest satyr,który zawsze był odważny i cholernie się przechwalał swoimi umiejętnościami?! Dopiero po chwili skapnęłam się,że powiedziałam to na głos. Był zmieszany.
-Zwiał gdzie pieprz rośnie. My też powinniśmy-odpowiedział.
-Nie zamierzam uciekać jak jakaś pieprzona,piskliwa dziewczynka!-warknęłam,wciskając długopis i muszlę.
W jednej chwili z długopisu zrobił się złoty miecz,a z niebieskawej muszli tarcza. Miecz nie był jakoś ogromnie ciężki,tarcza raczej ważyła więcej. Zacisnęłam palce na rękojeści idealnie wyważonego złotego miecza i spojrzałam na lasek.
-Hybryda-szepnął młody satyr,już normalnym tonem-Lew i skorpion-dodał,kiedy wyskoczyła zza drzew.
Wielki tułów i głowa miała lwie,ale ogon już skorpiona. Obnażyła żółte zęby i rzuciła się wprost na mojego przyjaciela. Na chwilę mnie wmurowało,ale ocknęłam się w samą porę. Wydałam z siebie wojowniczy krzyk i rzuciłam się na nią. Zamachnęła się na mnie swoim długim ogonem,ale zdążyłam się zasłonić tarczą. Kiedy końcówka jej ogona zderzyła się z moją tarczą,zrobił się huk i poczułam ból w całej ręce,która wibrowała delikatnie. Zaatakowałam hybrydę mieczem,ale nic to nie dało,bo była przygotowana. Zamachnęła się wielką łapą i miecz poszybował kilka metrów dalej. Rąbnęłam go tarczą w kolec jadowy i kopnęłam w tą bezwartościową gębę,warcząc wściekle. Żeby go zabić musiałabym mu obciąć kolec jadowy i głowę,ale nie miałam teraz miecza. Cofnęłam się kilka kroków do tyłu,żeby nie być w zasięgu jej kolca. Podskoczyłam kiedy skoczyła w moją stronę,ogon mając nisko. Celowała w moje nogi,ale mój podskok jej to uniemożliwił. Ogon śmignął mi pod nogami jak jeszcze byłam w powietrzu,nie dotykając ich. Zachwiała się potężnie i runęła jak długa na ziemi,więc wykorzystałam okazję by dopaść mojego miecza. Kiedy tylko do niego podbiegłam,w wieczorowym powietrzu świsnęły trzy płonące strzały. Podniosłam błyskawicznie złoty miecz i odwróciłam się przodem. Oddzielała mnie od hybrydy i satyra wysoka ściana ognia. To wredne zmutowane zwierze szło po pomoście do Gilvera. Na chwilę stanęłam nieruchomo,nie dowierzając temu co widzę,a potem cisnęłam mieczem na ziemię. Wściekła jak osa,ściągnęłam z lewej ręki tarczę i chwyciłam ją jak bumerang. Zamachnęłam się,cała spięta skręcając tułów i cisnęłam niebieskawą tarczą w hybrydę. Tarcza poleciała łukiem,kręcąc się wokół własnej osi i odcięła hybrydzie połowę ogona i głowę. To chwili Asford mimo swojej ciemnej karnacji wydawał się blady i zdezorientowany. Podniósł się z desek pomostu i popatrzył w moją stronę. Na pewno mnie widział,bo ogień dwa metry przede mną oświetlał wszystko dookoła. Księżyc w pełni wyłonił się zza chmur i oświetlił jezioro,las,pomost i małą plażę,na której byłam swoim srebrnym blaskiem. Zapadła noc. Cicha i niespokojna,jakby ostrzegającą. Odwróciłam się,słysząc trzask gałęzi. Zobaczyłam cztery ciemne sylwetki z mieczami. Nie za bardzo mi się to podobało,zwłaszcza,że rozpoznałam dwóch z chłopaków. Czarnowłosego chłopaka o zielonych oczach dobrze zbudowanego i silnego. Chodziłam z nim na angielski. Taka mała uwaga,nie mogę nic przeczytać co nie byłoby zapisane po grecku albo łacinie. Dysleksja i nad pobudliwość. Dwa słowa opisywały wszystkich półbogów. Drugi chłopak był blondynem i miał brązowe oczy. Wysoki,umięśniony i szybki. Chodziłam z nim na wychowanie fizyczne. Szybka ocena dwóch obcych uzmysłowiła mi,że nie mam żadnych szans. Jeden z brunetów miał łuk i to on zapewne bawił się w łucznika. Mój mózg pracował na szybkich obrotach,obmyślając jak mogłabym wyjść z tego cała,a nie w kawałkach. Zapewne wiedzieli,że jestem półboginią,a w dodatku córką boga mórz. Moją mocną stroną była niesamowita kondycja. Potrafiłam biec przez cały dzień,co oczywiście się przydawało podczas ucieczki. Nie byłam jakoś specjalnie silna. Nie umiałam posługiwać się mieczem,nie robiąc sobie krzywdy,a co dopiero walczyć. Uczucie,że wreszcie żyłam lekko przygasło,krew zwolniła swój szaleńczy bieg w żyłach. Podniosłam z ziemi swój złoty miecz. Odgarnęłam z twarzy zbłąkane kosmyki i czujnie obserwowałam ruchy wrogów. Mieli przewagę liczebną i byli silniejsi,ale na pewno nie byli półbogami,prawda? Łucznik bez słowa sięgnął do kołczanu po strzałę,a pozostała trójka się zatrzymała. Nie nakłaniali mnie,żebym się poddała czy przeszła na ich stronę,więc musieli wiedzieć,że się nie poddam. Nagle dzika myśl przeleciała mi przez głowę. Byłam córką Posejdona,nie? A skoro byłam córką boga morza to musiałam posiadać jego dar czy talent. Nie zaszkodzi spróbować. Kucnęłam i nie puszczając miecza z prawej ręki,położyłam obie ręce na ziemi-nie spuszczając wzroku z nie przyjaciół. Oczyściłam umysł,myśląc tylko o wodzie. Lodowatej wodzie zbitej w potężną falę. Poczułam dziwne mrowienie w całym ciele i lekki ból głowy. Jezioro się zburzyło,wielka fala ruszyła w naszą stronę. Była kilku metrowa. Zgasiła ogień w mgnieniu oka,przeszła przeze mnie nic mi nie robiąc-za to odzyskałam swoją tarczę-i runęła na czterech chłopaków. Woda dotarła,aż do linii lasku,ciągnąc ich do jeziora. Cofająca się woda,jak fala,nic mi nie zrobiła. Odwróciłam się do jeziora,pozdrawiając w myślach mojego ojca. Asfod biegł w moją stronę na swoich kozich nogach i z rogami na czole,dokładniej na linii włosów. Były małe,ale widoczne. Dopiero po sekundzie uzmysłowiłam sobie,że coś do mnie mówi,a raczej krzyczy. Poczułam niewyobrażalny ból w lewym barku. Po tym przyszła ciemność i zmęczenie.
Otworzyłam oczy i musiałam zamrugać,bo światło latarki było oślepiające. Jęknęłam i odepchnęłam latarkę od siebie. Ból w barku był nie do zniesienia,palił żywym ogniem. Zobaczyłam Grovera pochylającego się nade mną z zatroskaną i przerażoną miną. Chciałam się uśmiechnąć ale wyszedł z tego grymas bólu.
Przechyliłam głowę w lewą stronę i zobaczyłam mały kijek z czarnymi lotkami na końcu. Strzała. Oberwałam strzałą. To uzmysłowiło mi,że nie umiem walczyć,a tym bardziej się bronić. Nadal byliśmy nad jeziorem,a dokładniej na plaży. Leżałam na niebieskim ręczniku.
-Grover-warknęłam przez zaciśnięte zęby,by nie krzyczeć.
Spojrzał na mnie roztrzęsiony.
-Pozbieraj się do kupy,bekso-poprosiłam cicho.
Wytarł twarz wierzchem dłoni i zamrugał kilka razy,by mieć ostrość widzenia.
-Musisz wyjąć mi to cholerstwo z barku-oznajmiłam mu,oddychając najpłycej jak potrafiłam,bo bark nie bolał bardziej.
-N-nie u-u-umiem-wyjąkał,próbując się pozbierać.
-Będę Ci mówić co masz robić. Słuchaj co do Ciebie mówię i rób co każę,to będzie dobrze-starałam się nie krzyczeć.
Skinął głową skupiony.
-W plecaku masz apteczkę,jest potrzebna-stwierdziłam.
Skinął głową i sięgnął do swojego plecaka. Wyjął dużą apteczkę i otworzył ją. Popatrzył na mnie.
-Woda utleniona i waciki.
Wyciągnął co mu kazałam i położył na ręczniku.
-Pomóż mi usiąść-nakazałam.
Wsadził rękę pod moją szyję i plecy. Delikatnie pomógł mi usiąść.
-Sprawdź czy strzała przeszła na wylot.
Przechylił się w prawo,a potem wrócił do swojej wcześniejszej pozycji.
-Nie-zaprzeczył-Mam ją wyszarpać?-zapytał.
-Musisz ją przepchać na wylot-zignorowałam jego idiotyczne pytanie.
-Będzie bolało?
-Na pewno nie Ciebie,o resztę się nie martw.
Skinął głową,czekał aż dam sygnał. Zapatrzyłam się na jezioro w świetle księżyca i skinęłam lekko głową. Zacisnął rękę na strzale i popchnął z całej siły. Ostra końcówka przebiła się przez moją skórę,a ja krzyknęłam cicho z bólu.
-Polej wodą utlenioną-sapnęłam.
Odkręcił małą buteleczkę i polał obie rany. Zapiekło.
-Są nożyczki?-wystękałam jakoś.
Skinął głową i wziął je do ręki. Zastanowiłam się chwilę. Będzie bardziej boleć jak przepcha strzałę,czy jak szybko wyszarpie?
-Przetnij to cholerstwo z tyłu,przy skórze-nakazałam przez zaciśnięte zęby.
To też zabolało,jęknęłam cicho.
-Przyłóż tam waciki.
Spełnił moje polecenie.
-Musisz mnie przytrzymać i wyszarpnąć strzałę-oznajmiłam cicho,biorąc najgłębszy oddech jaki dałam radę.
Prawą ręką złapał moje ramie,a lewą strzałę. Zamknęłam oczy i skinęłam głową. Jednym silnym ruchem wyciągnął strzałę,a ja krzyknęłam. Bolało jak diabli. Lepiej by było gdybym zemdlała,ale niestety nie ma tak dobrze. Nie zemdlałam.
"Dotknij wody,ona Cię uzdrowi,córko"-odezwał się głos ojca w mojej głowie.
Wzięłam głęboki wdech i otworzyłam oczy.
-Muszę się dostać do wody-sapnęłam.
Satyr wziął mnie na ręce i w milczeniu zaniósł do jeziora. Posadził mnie przy wodzie i odsunął się jak zawsze. Wyciągnęłam rękę i dotknęłam wody otwartą dłonią. Lodowata woda zaczęła się wspinać na moją rękę,a potem dalej,aż do rannego miejsca. Poczułam ulgę kiedy woda zetknęła się z raną. Czułam przyjemne mrowienie
w ranie. Czułam jak odzyskuję siły,jak goi się rana. Po chwili już byłam cała i zdrowa,a woda wycofała się do jeziora. Wstałam i odwróciłam się do Asforda.
-Musimy iść do Obozu Herosów-stwierdziłam.
Doskonale wiedział dlaczego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz