Na miejsce dotarliśmy godzinę przed zachodem słońca. Biegliśmy cały dzień i noc,ale nie czułam się zmęczona. Raczej trochę zagubiona i zdystansowana. Cały czas biegliśmy przez las,do jego głębi. W samym środku dziczy mieścił się Obóz Herosów. Rządzili nim Dionizos(bóg wina,teraz zmienia wino w wodę-taka mądra kara Zeusa za odbicie kobiety) i Hejron,centaur(od pasa w górę człowiek,a od pasa w dół koń). Weszłam za moim opiekunem do samego środka chaosu zwanego obozem. Nie rozglądałam się,nie gapiłam na innych. Szłam sobie zdystansowana za satyrem,który szczerzył się do dziewczyn. Były tu nimfy,poznałam je po bladej skórze i ubiorze. Półbogowie i półboginie oraz kilka cantaurów. Przybyliśmy przed kolacją. Treningi się skończyły,więc wszyscy mieli czas wolny. Zrównałam krok z Groverem,czego on osobiście nie zauważył-za bardzo był zajęty witaniem się z dziewczynami i szczerzeniem do nich. Przewróciłam niebieskimi oczami i uderzyłam go łokciem w bok. Jęknął cicho i odwrócił do mnie głowę.
-Nie musisz dziękować-mruknęłam-Idziemy do Dionizes'a i Hejron'a?-zapytałam go cicho.
-Tak-przytaknął i skręcił w lewo.
Wzniosłam oczy do nieba,ale nic nie powiedziałam. Czułam się wystarczająco jak dziwnie kiedy wszyscy,których mijałam się na mnie gapili z zaciekawieniem. Jak już wspominałam Zeus,Posejdon i Hades mają najmniej dzieci,jeśli w ogóle je mają. Jestem ostatnim dzieckiem jednego z tych trzech bogów. Ciekawe czy wiedzą o tym inni. Zakładając po zaciekawionych i zdziwionych spojrzeniach stwierdzam,że wiedzą. Zostałam tematem plotek na kilka najbliższych i najcięższych dni.
Pierwszy tydzień był najcięższy. Nie umiałam się skupić na treningach i lekcjach o potworach,
roślinach i tym podobnych rzeczach,bo na około mnie wszyscy szeptali. W dodatku trenowałam w wolnym czasie z Groverem,jeśli nie był zbyt zajęty dziewczynami. Kiedy wreszcie mogłam spać w moim wielkim domku przy jeziorze,spałam jak kamień. To wszystko mnie wykańczało,ale nie zamierzałam się tak łatwo poddać. Im gorzej z czymś mi szło,tym uparciej to powtarzałam. Treningi miałam z Hejron'em,ćwiczyłam
oddzielnie od innych półbogów. Nawet szybko zakolegowałam się z kilkoma centaurami. Kastion(miał złotą maść,włosy i oczy),Merlin(miał czerwonawą maść,czerwonawe włosy i zielone oczy), Aler(biała maść,białe włosy i szare oczy) oraz Ksavier(czarne włosy,maść i oczy). Pomagali mi w walce,uczyli różnych chwytów,ataków i bloków. Merlin pomagał mi też w zielarstwie i astrologii. Śniadanie jadłam wraz z Asfordem przy moim stole. Każde dziecko jakiegoś boga miało oddzielny stół od reszty. Dzieci Afrodyty jadły przy jednym,dzieci Apolla przy innym...
Otworzyłam oczy i usiadłam na cholernie wygodnym hamaku. Od jakiś dwóch dni budzę się
sama o wyznaczonej godzinie. Mój domek miał pełno dodatków oznajmujących,który bóg mnie spłodził.
Dwa trójzęby,kilkanaście muszli,niebieskie dodatki i ciuchy. Przeciągnęłam się,o mało nie spadając z hamaka i zaczęłam się szykować. Dobra,żartowałam! Wstałam za wcześnie jak na pobudkę. Miałam własny kajak i skuter. Jeszcze na żadnym z tych dwóch rzeczy nie pływałam,bo nie miałam czasu. Podeszłam do pomostu i po prostu wskoczyłam do wody. Odbiłam się od dna i wypłynęłam na powierzchnie. Odwróciłam się od pomostu i zaczęłam spokojnie płynąć pod wodą. Rozpierała mnie energia co jest dziwne. Im więcej się męczyłam tym więcej miałam siły. Kiedy płynęłam z powrotem,zauważyłam jakąś postać na pomoście. Zmarszczyłam brwi,ale wciąż nie wypływałam na powierzchnie. Miałam jeszcze piętnaście minut do pobudki. Zrobiłam pętelkę i wypłynęłam na powierzchnie. Byłam zdziwiona obecnością syna boga wojny. Podpłynęłam do pomostu. Wyciągnął do mnie rękę,ale zignorowałam ją. Płynnie i szybko wdrapałam się na pomost i wstałam.
-Co Cię sprowadza do mojego domu,Aspen?-zapytałam szorstko.
Był ubrany jak każdy inny półbóg. Bluzka,spodnie,buty,skórzany napierśnik zakrywający klatkę piersiową,
brzuch i plecy. Miał do pasa przypiętą pochwę z mieczem. Synowie Aresa mieli czarne bluzki,spodnie i
włosy. Aspen miał zielone oczy i czarne włosy. Wyglądał jak atleta i był cholernie wkurzający oraz przystojny.
-Wpadłem sprawdzić czy jeszcze żyjesz po wczorajszym-odpowiedział ze złośliwym uśmiechem.
Uśmiechnęłam się słodko.
-Potrzeba czegoś więcej niż debila z mieczem,żeby mnie zabić-odparowałam przesłodzonym głosem.
Nie znosiłam go jak tylko go zobaczyłam i z wzajemnością. Wczoraj miałam to nieszczęście,że z nim ćwiczyłam. Jak wiadomo nie znosimy się,więc o mało się nie pozabijaliśmy. Oczywiście władałam mieczem równie dobrze co on,więc walka trwała długo,aż nas nie rozdzielono. Ja się uzdrowiłam za pomocą wody.
Jemu musieli pomóc inni,ale nie wyglądał jakby był kiedykolwiek ranny.
-Widzimy się na treningu-pożegnał się,kiedy podszedł do nas Ksavier z dwoma mieczami.
-Tym razem Cię zmiażdżę-odpowiedziałam i uśmiechnęłam się do czarnowłosego centaura.
Skinął mi głową i rzucił miecz. Złapałam go i normalnie,aż się zachwiałam. Był zrobiony dla silnych centaurów,a nie początkujących półbogów. Był za ciężki jak na moje obie ręce,ale dobrze wyważony. Aspen pośpiesznie się wycofał i wszedł do lasu,ale nie zwracałam sobie nim głowy. Ksavier nie mówił za wiele do nikogo,ale przez te kilka dni zdarzyłam go poznać. Wiedziałam czego ode mnie oczekuje. Całkowitego skupienia i walki. Zrobiłam unik przez jego mieczem i sama zaatakowałam. Jego nie obchodziło czy jestem mokra,czy nie. Mam walczyć chodźmy nawet w sukience(już tak raz musiałam z nim walczyć,sukienki już się nie da uratować). Odbił mój mizerny atak tak mocno,że wylądowałam na tyłku. Super-pomyślałam ponuro-nie minęła minuta,a on już wygrał.
-Ruszaj nogami,biegaczko-warknął na mnie.
Wstałam z zaciśniętymi zębami,zła na siebie i jego. Czemu dał mi taki ciężki miecz,skoro wiedział,że jestem jeszcze niedoświadczona w walce? Ledwie poradziłam sobie z synem Aresa-był remis,a co dopiero z centaurem,który od małego uczył się walki! Wzięłam głęboki oddech i oczyściłam umysł. Lewą nogę cofnęłam do tyłu lekko. Zaatakowałam go,ale już po chwili siedziałam na deskach pomostu.
-Jesteś za sztywna-oznajmił mi Ksavier.
-Co Ty nie powiesz!-odpyskowałam z zaciśniętą szczęką.
-Rozluźnij się i ruszaj,a nie stercz jak kukła-poradził spokojnie.
Rzuciłam mu miażdżące spojrzenie,ale nic sobie z tego nie robił. Wstałam i podskoczyłam w miejscu kilka razy. Wszystkie mięśnie się rozluźniły.
Wzięłam uspokajający oddech. Czułam wodę za sobą. Wiedziałam,że jest lekko wzbóżone,jakoś na nie wpłynęłam za pomocą woli. Woda nie ma własnej woli. Nie jest żywą istotą. Posłuchałam się rady centaura i zaczęłam ruszać. Doskakiwałam do centaura,atakując go i odskakiwałam,kiedy atakował,a także blokowałam jego ciosy. Jeszcze kilka razy lądowałam na deskach.
Ktoś zadął w konchę-śniadanie. Przerwaliśmy ćwiczenia i bez słowa skinęliśmy sobie głowami. Ksavier poszedł do swoich na śniadanie,a ja ruszyłam do swoich. Przebiegłam przez las i wyłoniłam się w Obozie razem z driadami. Jadalnia wcale nie była normalna. Był to duży okrąg z marmurową podłogą i stołami. Na krańcach podłogi z marmuru stały wielkie kolumny tworząc okrąg. Nie było dachu,bo tu nie padało kiedy nie chcieliśmy. Weszłam po schodach do jadalni,wzięłam talerz od Jesindy-nimfy wodnej-i podeszłam do paleniska na środku jadalni. Wrzuciłam pomarańczę i mruknęłam coś co brzmiało jak "To dla Ciebie,Posejdonie" po czym siadłam bardzo ostrożnie na ławce przy moim stoliku. Pan D.,czyli Dionizos i pan Chejron już siedzieli na swoich miejscach. Grover przyglądał mi się bacznie jak siadałam.
-Coś Ci się stało?-zapytał cicho.
Uśmiechnęłam się sarkastycznie. Nie miałam humoru na jakieś głupie żarty,ani nic. A Gilver wyczuł to z moich emocji. Ta,umie odczytywać emocje wszystkich w pobliżu i ma czuły węch.
-Jakbyś cały czas upadał na tyłek,też byś uważał jak siadasz-burknęłam.
-Ksavier?-zapytał cicho,na co skinęłam ponuro głową.
Zabrałam się za jedzenie. Nie chciało mi się jeść,ale musiałam. Spojrzałam na pustą szklankę.
-Ciepła czekolada-mruknęłam.
W szklance od razu pojawiło się to co chciałam. Taka magia. Upiłam kilka łyków,uśmierciłam niewinną sałatę i winogrona.
-Co masz zaplanowane po posiłku?-spytał satyr.
-Biegi z centaurami-odpowiedziałam.
Dopiłam czekoladę i wstałam od stołu. Satyr również wstał,zabrał ze sobą kilka puszek i ruszył koło mnie.
-Musze to koniecznie zobaczyć-oznajmił mi.
-To tylko zwykłe bieganie-w mówieniu półprawd nikt się ze mną nie równa.
To było po prawdzie bieganie,ale z przeszkodami. Jakieś głazy do przeskoczenia,albo krzaki. Miałam pierwszy raz biec z centaurami. Grover palnął wczoraj,że biegam jak zając,że potrafię przebiec nawet milę bez wysiłku. Centaury biegają jedną milę po posiłkach. Ćwiczą w ten sposób swoje mięśnie i koordynację. Weszliśmy na ich udeptany tor pięć minut później. Usiadłam na trawie i zaczęłam się rozciągać. Po dwóch minutach już słyszałam w oddali tupot kopyt. Zza zakrętu wyłoniło się kilku centaurów. Bieli spokojnym jak dla nich biegiem. Coś pomiędzy sprintem,a truchtem. Błyskawicznie wstałam i odsunęłam się na bok. Merlin w wisielczym nastroju zwolnił i zatrzymał się przede mną,kiedy reszta pobiegła dalej. Uśmiechnął się do mnie ze współczuciem.
-Masz przekichane. Staraj się nadążać za nami i się nie zgubić po drodze-powiedział do mnie na przywitanie.
-Mnie Ciebie też miło widzieć,Merlinie-mruknęłam.
Zaśmiał się i skinął głową na Asforda-odpowiedział mu tym samym.
-Ruszcie się!!!-ryknął na nas centaur o szarej maści.
Centaur wyglądał tak przerażająco,że nikt mu się pewnie nie stawiał. Wszyscy odnosili się do niego z szacunkiem. Powstrzymałam się od za salutowania mu z sarkazmem i posłusznie ruszyłam za Merlinem. Musiałam biegnąć sprintem,żeby ich dogonić. Powyprzedzałam innych centaurów i deptałam Wodzowi Centaurów po piętach,a raczej kopytach. Merlin i inni centaurowie trzymali się w pewnej odległości. To był ich wódz,nie mój. W końcu się przesunęłam na lewą stronę i zrównałam z centaurem. Skupiłam się na równomiernym oddychaniu i rytmicznym stawianiu nóg. Dostosowałam się do tępa siwowłosego centaura i biegłam obok niego. Przeskoczyłam stertę głazów równo z nim. Nie miałam zadyszki nawet po trzydziestu kilometrach.
-Masz dobrą kondycję jak na półboginię-oznajmił centaur.
-Uwielbiam biegać-odpowiedziałam,nie wytrącając się z rytmu.
-To widać-powiedział z uznaniem.
Przeskoczyłam w tym samym czasie co on zwalony konar drzewa i wylądowałam miękko. Kiedy lądowałam na jednej nodze,odbijałam się od ziemi i biegłam dalej. Centaury na swój sposób mają łatwiej,bo mają końskie nogi,które są do biegania przystosowane.
Cztery godziny później dobiliśmy do mili. Nie spociłam się za bardzo,ale lekko się zmęczyłam. Kiedy stanęłam przed Groverem,zaklaskał i wyszczerzył się do mnie.
-Jak bieganie?-zapytał zaciekawiony.
-Całkiem niezłe. Świetnie się biega z centaurami-odpowiedziałam.
Gdzieś w głębi lasu usłyszałam trzask gałęzi. Uniosłam głowę i wgapiłam się w las. Zobaczyłam w oddali biegnącą w przeciwną stronę postać. Zapewne jakiś półbóg. Poznałam po pomarańczowej podkoszulce Obozu. Zmarszczyłam brwi.
-Widziałeś kto to?-zapytałam satyra.
-Jakiś pierwszoroczniak-odpowiedział.
Skinęłam głową. Nie ma co rozgadać,wszyscy wiedzą,że ćwiczę i biegam z centaurami. Tylko młodsi obozowicze o tym nie wiedzą. Nie ma takiej potrzeby. Jeden z nich się dowiedział,ale to wcale nikogo nie zdziwi. Nie miałam powodów do obaw. Wróciliśmy do zasiedlonych terenów. Gilver musiał gdzieś pędzić jak zwykle,a ja nie miałam na razie żadnych obowiązków do spełnienia. Usiadłam na zarośniętym wzgórzu i patrzyłam na obóz,rzekę,pola truskawek i las. Z tej perspektywy wszystko wyglądało pięknie jak zawsze.
Uśmiechnęłam się lekko do siebie i przymknęłam oczy. Siedziałam tak,odprężona i w pewnym stopniu szczęśliwa,że znalazłam się w Obozie. Odwróciłam głowę kiedy usłyszałam,że ktoś idzie w moim kierunku. Był to wielki czarny pegaz. Jego czarna sierść błyszczała się w słońcu. Był silnie zbudowany nawet jak na pegaza. Czarne skrzydła miał lekko rozłożone,a brązowe oczy patrzyły centralnie na mnie. Uśmiechnęłam się do pegaza i poklepałam trawę obok siebie,zachęcając go by położył się obok mnie. Zrobił to z piękną i dziką gracją.
-Jestem Sabrina,córka Pana Mórz-przedstawiłam się koniowi.
-Jestem Mroczny,syn Pierwszego Pegaza-odpowiedział w moim umyśle.
-Miło Cię widzieć,Mroczny-powiedziałam-Co Cię do mnie sprowadza?-zapytałam.
-Jeszcze nie masz wierzchowca-stwierdził w moim umyśle-Chciałbym nim zostać-dodał.
Zaśmiałam się cicho i pogłaskałam go po wielkiej i ciepłej szyi.
-Bardzo chętnie-odpowiedziałam,przyjmując go.
Powąchał powietrze obok siebie i kichnął.
-Syn Aresa tu idzie. Pachnie jakby się tarzał w gównie-oznajmił Mroczny.
Zaśmiałam się głośno z komentarza pegaza. Po minucie z linii lasu wyłonił się Aspen. I wyglądał jakby wleciał w gówna. Podszedł do nas,ale stanął w pewnej odległości,kiedy zobaczył mnie z czarnym pegazem.
-Chejron Cię wzywa-oznajmił szorstko.
Wstałam leniwie.
-Powinieneś się wykąpać-poradziłam mu,co go jeszcze bardziej rozwścieczyło.
-Będziesz szybciej,jak Cię podrzucę-stwierdził Mroczny,również wstając.
Wsiadłam na jego grzbiet,co wcale nie było łatwe. Wziął krótki rozbieg i znaleźliśmy się w powietrzu. Czemu słyszałam i rozumiałam pegaza? Bo był koniem,a konie stworzył właśnie mój tata. Jestem jego córką i rozumiem tylko konie,wszystkie. Już po pięciu minutach powoli i leniwie znaleźliśmy się przed Wielkim Domem. Mroczny wylądował jako tako na trawie i zaczął ją jeść,jakby po to tu przyleciał. Ja ruszyłam na lekko odrętwiałych nogach do werandy białego domu. Chejron i Pan D. grali w karty. Kiedy tylko podeszłam,centaur Chejron przestał grać i popatrzył na mnie poważny.
-Mam dla Ciebie zadanie Sabrino,ale musisz je przyjąć-oznajmił na przywitanie.
-Przyjmuję-odpowiedziałam.
-Musisz odzyskać Róg Obfitości,skradziony przez zdrajcę. Luke'a,syna Hermesa-powiedział-Nie wiemy dokładnie gdzie jest,ale pierwsza grupa nie wróciła z tego zadania. Dostaniesz trójkę półbogów do pomocy. Aspena,Annabeth,córkę Ateny i Grovera. Wyruszacie jutro o świcie. Spakuj potrzebne Ci rzeczy i potrenuj szermierkę-dodał.
Annabeth ma blond włosy,jest bardzo mądra i pomysłowa. Jest wysoka,ale nie tak jak ja. Chuda,ale zwinna. Ma czapkę niewidkę,ale jej strategie zawsze są najlepsze. Jej wybór spodobał mi się,ale Aspena niekoniecznie. Po cholerę nam impulsywny palant z talentem wnerwiania wszystkich dookoła? Grover jako satyr ma za zadanie się nami opiekować. Zdziwiło mnie natomiast to,że Chejron wybrał mnie jako przywódcę. Wcześniej nie chciał mnie wysyłać na żadną misję. Nie wiedziałam dlaczego dopiero teraz chciał mnie wysłać na misję. Bo jestem szybka? Ponieważ nikt poza Obozem nie wie kim jest mój boski rodzic? Może chce mnie sprawdzić albo czegoś nauczyć? Mam zdobyć swoje pierwsze doświadczenia,czy po prostu nie ma kogo innego wysłać? Skinęłam głową i oddaliłam się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz