Czekaliśmy w trójkę na Aspena,który się spóźniał. Byłam poirytowana jego zachowaniem. Nie to,że spóźniał się pięć minut. Nie przychodził przez dwadzieścia minut. Grover spał w samochodzie,na tylnym siedzeniu. My z Annabeth czekałyśmy koło auta i dyskutowałyśmy gdzie powinnyśmy zacząć poszukiwania. Postawiłyśmy na zatokę w Kalifornii. Byłam ubrana w czarny stanik sportowy,szarą podkoszulkę,niebieską bluzę,czarne rurki i glany. W kieszeni miałam złoty długopis-miecz i muszlę-tarczę. Annabeth miała czerwone rurki,zieloną podkoszulkę,czarną bluzę na zasówak i trapery. Z kieszeni na tyłku wystawała pomarańczowa czapka jakiegoś klubu piłkarskiego. Miała dwa sztylety i miecz. Nasze czarne plecaki były w bagażniku,a w nich nektar i ambrozja-dla leczenia ran,ciuchy na przebranie,woreczki drachm,zwykłe pieniądze i mapy oraz jedzenie i picie. Już miałam powiedzieć Austowi,żeby jechał bez niego,kiedy niestety zobaczyłam Aspena pędzącego do nas. Miał na sobie czarne spodnie,szary podkoszulek,bluzę i buty. Czarne włosy były w
jeszcze większym nieładzie niż zwykle. Usiadłam z przodu,koło wielookiego szefa ochrony,a oni z tyłu.
-Spóźniłeś się-wytknęłam mu.
Zarumienił się,ale nic nie powiedział na swoją obronę.
Przez pięć godzin jechaliśmy w ciszy,bo spaliśmy. Kiedy dojechaliśmy na miejsce,obudził nas Aust. Wysiedliśmy i zabraliśmy z bagażnika nasze plecaki. Zarzuciłam swój na ramiona i ruszyłam obok Grovera. Miał na sobie dres,bluzę i buty za kostki,a na głowie czapkę reagge. Wyglądał jak zwykły śmiertelnik. Mamy szukać statku linowego "Księżnika Andromeda". To tam najprawdopodobniej jest Róg Obfitości i uwięzieni półbogowie. Nic się nie działo przez połowę drogi,a potem znikąd pojawili się żołnierze-szkielety. Ruszyły uzbrojone w broń palną i pałki,prosto na nas. Moim pierwszym odruchem było,sięgnięcie po miecz,ale w ostatniej chwili się powstrzymałam. W około było mnóstwo ludzi.
-Musimy im jakoś zwiać-oznajmiłyśmy w tej samej chwili,ja i Annabeth.
-Rozdzielamy się. Annabeth i Aspen razem na prawo,my z Groverem na lewo. Spotkamy się w umówionym miejscu za godzinę-powiedziałam.
Nikt się nie sprzeciwił. Dziewczyna i chłopak od razu wbiegli w boczną uliczkę. My musieliśmy się cofnąć kilka metrów,ale zajęło nam to z dwie minuty. Kilka szkieletów pobiegło za nami,kilka za nimi. Nie dało się ich zabić,bo składali się w kilka minut.
-Zgubimy ich w tym labiryncie uliczek-mruknęłam do siebie.
Skręcaliśmy z Groverem w pierwszą lepszą kolejną uliczkę. Sami się nawet zgubiliśmy po dziesięciu minutach w tym cholernym labiryncie. W końcu jakimś cudem wypadliśmy na jedną z głównych ulic i rozejrzeliśmy się. Otaczali nas tylko ludzie,ale na wszelki wypadek nadal biegliśmy,tylko wolniej.
-Gdzie my,cholera,jesteśmy?-zapytałam,kiedy przestaliśmy biec.
Rozejrzałam się,ale nigdzie nie było nazwy ulicy. Otaczały nas magazyny i fabryki.
-W dzielnicy magazynów i fabryk-odpowiedział satyr,równie zdezorientowany co ja.
-Zgubiliśmy się-westchnęłam i sięgnęłam do swojego plecaka.
Wyciągnęłam mapę i zaczęłam szukać naszej pozycji. Musieliśmy stąd jakoś wyjść,ale na pewno nie tą samą drogą co tu przybiegliśmy. Mój niepokój sięgnął zenitu,kiedy wreszcie nas znalazłam. Byliśmy w pomarańczowej strefie. Kręciły się tu potwory jak i ludzie,ale akurat żadnego nie było w pobliżu. Po naszej lewej była czerwona strefa. Siedlisko wszelkich potworów. Na pewno zbladłam,kiedy się dowiedziałam gdzie jesteśmy. Wzięłam kilka uspokajających oddechów i podniosłam wzrok na satyra.
-Brzydko pachnie-oznajmił.
-Musimy się stąd wydostać,jak najszybciej-stwierdziłam.
Skręciłam w uliczkę po prawej stronie i zderzyłam się z kimś...a raczej z czymś. Był to potwór w ludzkim przebraniu. Oboje wylądowaliśmy na ziemi. Wstałam błyskawicznie i wyciągnęłam długopis z kieszeni. Nacisnęłam go i stał się dużym złotym mieczem. Nazwałam go Atlantyk. Wycofałam się z uliczki na plac główny za Groverem. Potwór ruszył powoli za nami,przybierając swoją prawdziwą postać. Zaczął rosnąć. Już po chwili miałam przed sobą wężo-człowieka. Miał głowę,ręce i tułów człowieka,ale nogi już węża. Z jego ust wysunął się wąski i rozcięty na pół wężowy język. Oczy też miał wężowe. Niebieskie z pionowymi źrenicami. Nie chciałam się zdradzić kim jestem,ale on najwidoczniej wiedział o mnie więcej,niż powinien.
-Poddaj się,córko Posejdona-zażądał szorstkim i sycącym głosem.
Zaklnęłam po grecku i wyciągnęłam muszę. Nacisnęłam na nią i już po sekundzie miałam przypiętą do ramienia niebieskawą i okrągłą tarczę. Cztery mocne,skórzane paski trzymały tarczę na mojej ręce. Zatrzymałam się na samym środku placu i lekko ugięłam kolana.
-Nie zamierzam-warknęłam w odpowiedzi i zaatakowałam błyskawicznie.
Nie zdążył nawet zrobić uniku. Rozpołowiłam go na dwie części,a on zamienił się w czarnawy pył.
-Ich jest więcej!-jęknął Grover.
Rozejrzałam się. Faktycznie. Potwory nas otoczyły i nie mieliśmy jak uciec. Uśmiechnęłam się mało przyjaźnie. Były to różne potwory. Małe,duże,szybkie i przebiegłe.
-Walczysz,czy zwiewasz?-zapytałam go.
-Nie zostawię Cię samej-odpowiedział.
-Trzymaj je od siebie na dystans i pobaw się w łucznika. Będę Cię osłaniać-oznajmiłam mu.
Ściągnął łuk z ramienia i wyciągnął strzałę z kołczanu na swoich plecach. Ja w tym czasie wbiłam miecz w ziemię i zaczęłam tworzyć okrąg naokoło niego. Kiedy skończyłam,skupiłam się na wodzie. Wytrysnęła z dziury,którą przed chwilą zrobiłam i urosła na metr. Na wierzchu się pieniła i wyglądała jak fala. Nieokiełznana i silna. Gilver strzelił w wielkiego potwora,a on zmienił się w pył. Zdenerwowało to inne potwory i ruszyły na nas. Skupiłam się na najszybszych potworach. Cięłam,parowałam i blokowałam. Nie wiem ile zajęło nam czasu pozbycie się potworów,ale ściemniło się trochę. Za trzy godziny zajdzie słońce,a my nawet nie jesteśmy w komplecie. Wypuściłam wodę i opuściłam miecz. Podeszłam do Grovera z uśmiechem.
-Wygraliśmy!-stwierdziłam,ale satyr zbladł.
-Coś mi się nie wydaje-odpowiedział męski głos za mną.
Odwróciłam się błyskawicznie,unosząc tarczę i miecz. Zobaczyłam Annabeth,trzymaną przez blond włosego chłopaka. Miał niebieskie oczy i był przystojny. Chudy i silny. Do szyi blondynki przystawił ostrze sztyletu z niebiańskiego spiżu. Niebiański spiż jako jedyny mógł zabić potwory,nie czyniąc śmiertelnikowi żadnej krzywdy. Mój miecz też był wykonany z tego metalu. Za nim stali moi wrogowie. Czarnowłosy chłopak i brunet z łukiem. Wbiłam wzrok w blondyna trzymającego jako zakładniczkę Annabeth. Ciśnienie mi podskoczyło. Co oni sobie wyobrażali,do cholery?!
-Luke! Natychmiast ją puść!!-krzyknął Grover,stojący obok mnie.
Był zdenerwowany i przerażony jednocześnie. Czyli to był Luke,syn Hermesa. Zupełnie go olał,obserwując mnie. Podobnie jak jego wojownicy.
-Szkoda,że się nie utopiliście. Nikt za Wami nie tęsknił-warknęłam w stronę czarnowłosego i bruneta.
-Poddaj się,Sabrino-nakazał blondyn.
Zerknęłam na satyra,który przestępował z nogi na nogę,a potem na Annabeth. Była przerażona,zmęczona i smutna. Gra toczyła się o jej życie i nie zamierzałam ryzykować. Polubiłam ją i nie chciałam,żeby zginęła,ale miałam szalony plan. Skoro to Luke,a on ma Róg Obfitości to zabierze nas do niego.
-Mam plan-oznajmiłam cicho,nie poruszając ustami.
-Dobra-odpowiedział.
Warknęłam cicho,w kierunku blondyna.
-Nie rób jej krzywdy!-powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
-Rzućcie broń na ziemię-zażądał w odpowiedzi.
Rzuciłam ze złością złotym mieczem na ziemię. Upadł z cichym hukiem,podobnie jak tarcza. Grover rzucił łukiem i kołczanem na ziemię. Poczułam silne i zimne ręce na własnych. Wiedziałam,że drugi brunet wiąże mi ręce sznurem. Pozwoliłam mu na to. W końcu i tak musielibyśmy się dostać na statek. Niech pomyśli,że wygrał.
-Zbierz broń-rozkazał czarnowłosemu Luke.
Poczułam silny uścisk na ramieniu i mocne szarpnięcie. Mam dobry refleks i tylko dzięki temu nie upadłam na ziemię. Zacisnęłam mocno szczękę,ale nie zrobiłam nic. Czekałam na właściwy moment oraz na miecz i tarczę,które musiały się pojawić w mojej kieszeni. Taka magiczna sztuczka. Linowiec "Księżniczka Andromeda" był duży i mieścił wiele potworów oraz herosów,którzy przeszli na złą stronę. Statek miał kilka poziomów i jak się okazało miał też więzienie. Żeby się tam dostać musieliśmy przejść przez pokład dla kapitana,który służył chyba Luke'owi jako sala obradowa czy coś w tym stylu. Na ścianie naprzeciwko wielkiego okna od podłogi,aż po sufit wisiał przybity do ściany Róg Obfitości. Był wykonany z białego spiżu,udekorowany małymi scenkami,złotymi i srebrnymi. Jakieś drzewka,kwiaty i coś tam jeszcze. Biła od niego moc. Potężna wiązanka dobrej magii. Była wykonana przez Hefajstosa dla Hery,jako jakiś dar. Nie za bardzo wchodziła mi do głowy mitologia. O imionach już nie wspomnę. Zobaczyłam Róg tylko kontem oka,ale wiedziałam,że to o ten róg chodzi. Potem wylądowałam razem z Annabeth i Growerem w celach. Ja i córka Ateny wylądowałyśmy w mocniejszych celach. Jestem Córką Posejdona,więc to czyni mnie niebezpieczną. Annabeth jest cholernie mądra,więc również jest poniekąd niebezpieczna. Grover to tylko mały,przerażony satyr. Wylądowałam na kolanach w niedużej,brudnej celi z kratami. Kiedy zostaliśmy sami,zaczęłam szarpać rękami. Po chwili sznur pękł,ale pozostawił brzydkie zadrapania na nadgarstkach.
Miecz i tarcza wróciły do moich kieszeni,kiedy tylko znalazłam się w celi,więc wyciągnęłam złoty długopis i nacisnęłam go. Rozwinął się w metrowy,złoty miecz. Zamachnęłam się na kraty i przecięłam je,jakby były z gumy. Zrobiłam sobie przejście i uwolniłam moich przyjaciół oraz innych więźniów. Zrobiłam w ścianie wielką dziurę i zagwizdałam. Dziesięć hipokampów pojawiło się po kilku sekundach przed dziurą,płynąc za statkiem. Były to pół konie,pół ryby. Miały wielkie i silne ogony ryb do połowy ciała ubarwione kolorowo,a przednie nogi,szyję i głowy miały białych koni. Przywitały się ze mną w moim umyśle. Poinformowałam je,gdzie mają zawieść herosów i odwróciłam się do półbogów.
-Hipokampy zawiozą Was do Obozu. Skaczcie-oznajmiłam.
Posłuchali mnie i w milczeniu skakali. Syn Hefajstosa zostawił nam dwie duże torby pełne słoików z greckim ogniem. Z pewnością nie byliśmy odpowiedzialni,chyba że jedynie Annabeth. Po chwili narady,stwierdziliśmy,że zostawimy je wszędzie,gdzie się da. Dwa rozbiliśmy w cali,całą torbę w maszynowni.cztery na wyższym piętrze,a resztę na korytarzu. Wyciągnęłam muszle z kieszeni i nacisnęłam ją. Szłam pierwsza i moim zadaniem było odwrócić uwagę potworów i wrogich półbogów od Grovera i Annabeth. Mi się podobało. Tanecznym krokiem weszłam do sali obrad,gdzie było jakieś spotkanie. Wszyscy gapili się na mnie zdziwieni. Cóż,przynajmniej dopóki nie zabiłam czterech wężowych kobiet i olbrzyma. Luke poczerwieniał lekko na twarzy. Zasłoniło go czterech herosów,którzy próbowali mnie zabić kilka dni temu. Uśmiechnęłam się przerażająco i zaczęłam przedstawienie. Potwory rzuciły się na mnie z wrzaskiem. Tych z lewej waliłam tarczą,tych z prawej zabijałam mieczem,a ci co byli przede mną dostawali kopniaki. Dość szybko poszło mi z potworami. Gorzej było z herosami. Nie zabijałam ich,tylko unieruchomiałam. Kiedy ja sobie walczyłam z czarnowłosym i brunetem(została tylko straż przyboczna Luke'a i on sam),Grover i Córka Ateny wpadli i zabrali Róg Obfitości. Uchyliłam się przed ciosem czarnowłosego i zablokowałam cios bruneta tarczą. Kopnęłam czarnowłosego w krocze,a bruneta znokałtowałam tarczą i ruszyłam za przyjaciółmi. Wyskoczyliśmy za burtę i nakazałam prądom ponieść nas jak najdalej od statku. Zdążyliśmy się oddalić na bezpieczną odległość zanim statek wybuchnął.
czwartek, 19 marca 2015
środa, 18 marca 2015
Rozdział 2. Uwielbiam biegać.
Na miejsce dotarliśmy godzinę przed zachodem słońca. Biegliśmy cały dzień i noc,ale nie czułam się zmęczona. Raczej trochę zagubiona i zdystansowana. Cały czas biegliśmy przez las,do jego głębi. W samym środku dziczy mieścił się Obóz Herosów. Rządzili nim Dionizos(bóg wina,teraz zmienia wino w wodę-taka mądra kara Zeusa za odbicie kobiety) i Hejron,centaur(od pasa w górę człowiek,a od pasa w dół koń). Weszłam za moim opiekunem do samego środka chaosu zwanego obozem. Nie rozglądałam się,nie gapiłam na innych. Szłam sobie zdystansowana za satyrem,który szczerzył się do dziewczyn. Były tu nimfy,poznałam je po bladej skórze i ubiorze. Półbogowie i półboginie oraz kilka cantaurów. Przybyliśmy przed kolacją. Treningi się skończyły,więc wszyscy mieli czas wolny. Zrównałam krok z Groverem,czego on osobiście nie zauważył-za bardzo był zajęty witaniem się z dziewczynami i szczerzeniem do nich. Przewróciłam niebieskimi oczami i uderzyłam go łokciem w bok. Jęknął cicho i odwrócił do mnie głowę.
-Nie musisz dziękować-mruknęłam-Idziemy do Dionizes'a i Hejron'a?-zapytałam go cicho.
-Tak-przytaknął i skręcił w lewo.
Wzniosłam oczy do nieba,ale nic nie powiedziałam. Czułam się wystarczająco jak dziwnie kiedy wszyscy,których mijałam się na mnie gapili z zaciekawieniem. Jak już wspominałam Zeus,Posejdon i Hades mają najmniej dzieci,jeśli w ogóle je mają. Jestem ostatnim dzieckiem jednego z tych trzech bogów. Ciekawe czy wiedzą o tym inni. Zakładając po zaciekawionych i zdziwionych spojrzeniach stwierdzam,że wiedzą. Zostałam tematem plotek na kilka najbliższych i najcięższych dni.
Pierwszy tydzień był najcięższy. Nie umiałam się skupić na treningach i lekcjach o potworach,
roślinach i tym podobnych rzeczach,bo na około mnie wszyscy szeptali. W dodatku trenowałam w wolnym czasie z Groverem,jeśli nie był zbyt zajęty dziewczynami. Kiedy wreszcie mogłam spać w moim wielkim domku przy jeziorze,spałam jak kamień. To wszystko mnie wykańczało,ale nie zamierzałam się tak łatwo poddać. Im gorzej z czymś mi szło,tym uparciej to powtarzałam. Treningi miałam z Hejron'em,ćwiczyłam
oddzielnie od innych półbogów. Nawet szybko zakolegowałam się z kilkoma centaurami. Kastion(miał złotą maść,włosy i oczy),Merlin(miał czerwonawą maść,czerwonawe włosy i zielone oczy), Aler(biała maść,białe włosy i szare oczy) oraz Ksavier(czarne włosy,maść i oczy). Pomagali mi w walce,uczyli różnych chwytów,ataków i bloków. Merlin pomagał mi też w zielarstwie i astrologii. Śniadanie jadłam wraz z Asfordem przy moim stole. Każde dziecko jakiegoś boga miało oddzielny stół od reszty. Dzieci Afrodyty jadły przy jednym,dzieci Apolla przy innym...
Otworzyłam oczy i usiadłam na cholernie wygodnym hamaku. Od jakiś dwóch dni budzę się
sama o wyznaczonej godzinie. Mój domek miał pełno dodatków oznajmujących,który bóg mnie spłodził.
Dwa trójzęby,kilkanaście muszli,niebieskie dodatki i ciuchy. Przeciągnęłam się,o mało nie spadając z hamaka i zaczęłam się szykować. Dobra,żartowałam! Wstałam za wcześnie jak na pobudkę. Miałam własny kajak i skuter. Jeszcze na żadnym z tych dwóch rzeczy nie pływałam,bo nie miałam czasu. Podeszłam do pomostu i po prostu wskoczyłam do wody. Odbiłam się od dna i wypłynęłam na powierzchnie. Odwróciłam się od pomostu i zaczęłam spokojnie płynąć pod wodą. Rozpierała mnie energia co jest dziwne. Im więcej się męczyłam tym więcej miałam siły. Kiedy płynęłam z powrotem,zauważyłam jakąś postać na pomoście. Zmarszczyłam brwi,ale wciąż nie wypływałam na powierzchnie. Miałam jeszcze piętnaście minut do pobudki. Zrobiłam pętelkę i wypłynęłam na powierzchnie. Byłam zdziwiona obecnością syna boga wojny. Podpłynęłam do pomostu. Wyciągnął do mnie rękę,ale zignorowałam ją. Płynnie i szybko wdrapałam się na pomost i wstałam.
-Co Cię sprowadza do mojego domu,Aspen?-zapytałam szorstko.
Był ubrany jak każdy inny półbóg. Bluzka,spodnie,buty,skórzany napierśnik zakrywający klatkę piersiową,
brzuch i plecy. Miał do pasa przypiętą pochwę z mieczem. Synowie Aresa mieli czarne bluzki,spodnie i
włosy. Aspen miał zielone oczy i czarne włosy. Wyglądał jak atleta i był cholernie wkurzający oraz przystojny.
-Wpadłem sprawdzić czy jeszcze żyjesz po wczorajszym-odpowiedział ze złośliwym uśmiechem.
Uśmiechnęłam się słodko.
-Potrzeba czegoś więcej niż debila z mieczem,żeby mnie zabić-odparowałam przesłodzonym głosem.
Nie znosiłam go jak tylko go zobaczyłam i z wzajemnością. Wczoraj miałam to nieszczęście,że z nim ćwiczyłam. Jak wiadomo nie znosimy się,więc o mało się nie pozabijaliśmy. Oczywiście władałam mieczem równie dobrze co on,więc walka trwała długo,aż nas nie rozdzielono. Ja się uzdrowiłam za pomocą wody.
Jemu musieli pomóc inni,ale nie wyglądał jakby był kiedykolwiek ranny.
-Widzimy się na treningu-pożegnał się,kiedy podszedł do nas Ksavier z dwoma mieczami.
-Tym razem Cię zmiażdżę-odpowiedziałam i uśmiechnęłam się do czarnowłosego centaura.
Skinął mi głową i rzucił miecz. Złapałam go i normalnie,aż się zachwiałam. Był zrobiony dla silnych centaurów,a nie początkujących półbogów. Był za ciężki jak na moje obie ręce,ale dobrze wyważony. Aspen pośpiesznie się wycofał i wszedł do lasu,ale nie zwracałam sobie nim głowy. Ksavier nie mówił za wiele do nikogo,ale przez te kilka dni zdarzyłam go poznać. Wiedziałam czego ode mnie oczekuje. Całkowitego skupienia i walki. Zrobiłam unik przez jego mieczem i sama zaatakowałam. Jego nie obchodziło czy jestem mokra,czy nie. Mam walczyć chodźmy nawet w sukience(już tak raz musiałam z nim walczyć,sukienki już się nie da uratować). Odbił mój mizerny atak tak mocno,że wylądowałam na tyłku. Super-pomyślałam ponuro-nie minęła minuta,a on już wygrał.
-Ruszaj nogami,biegaczko-warknął na mnie.
Wstałam z zaciśniętymi zębami,zła na siebie i jego. Czemu dał mi taki ciężki miecz,skoro wiedział,że jestem jeszcze niedoświadczona w walce? Ledwie poradziłam sobie z synem Aresa-był remis,a co dopiero z centaurem,który od małego uczył się walki! Wzięłam głęboki oddech i oczyściłam umysł. Lewą nogę cofnęłam do tyłu lekko. Zaatakowałam go,ale już po chwili siedziałam na deskach pomostu.
-Jesteś za sztywna-oznajmił mi Ksavier.
-Co Ty nie powiesz!-odpyskowałam z zaciśniętą szczęką.
-Rozluźnij się i ruszaj,a nie stercz jak kukła-poradził spokojnie.
Rzuciłam mu miażdżące spojrzenie,ale nic sobie z tego nie robił. Wstałam i podskoczyłam w miejscu kilka razy. Wszystkie mięśnie się rozluźniły.
Wzięłam uspokajający oddech. Czułam wodę za sobą. Wiedziałam,że jest lekko wzbóżone,jakoś na nie wpłynęłam za pomocą woli. Woda nie ma własnej woli. Nie jest żywą istotą. Posłuchałam się rady centaura i zaczęłam ruszać. Doskakiwałam do centaura,atakując go i odskakiwałam,kiedy atakował,a także blokowałam jego ciosy. Jeszcze kilka razy lądowałam na deskach.
Ktoś zadął w konchę-śniadanie. Przerwaliśmy ćwiczenia i bez słowa skinęliśmy sobie głowami. Ksavier poszedł do swoich na śniadanie,a ja ruszyłam do swoich. Przebiegłam przez las i wyłoniłam się w Obozie razem z driadami. Jadalnia wcale nie była normalna. Był to duży okrąg z marmurową podłogą i stołami. Na krańcach podłogi z marmuru stały wielkie kolumny tworząc okrąg. Nie było dachu,bo tu nie padało kiedy nie chcieliśmy. Weszłam po schodach do jadalni,wzięłam talerz od Jesindy-nimfy wodnej-i podeszłam do paleniska na środku jadalni. Wrzuciłam pomarańczę i mruknęłam coś co brzmiało jak "To dla Ciebie,Posejdonie" po czym siadłam bardzo ostrożnie na ławce przy moim stoliku. Pan D.,czyli Dionizos i pan Chejron już siedzieli na swoich miejscach. Grover przyglądał mi się bacznie jak siadałam.
-Coś Ci się stało?-zapytał cicho.
Uśmiechnęłam się sarkastycznie. Nie miałam humoru na jakieś głupie żarty,ani nic. A Gilver wyczuł to z moich emocji. Ta,umie odczytywać emocje wszystkich w pobliżu i ma czuły węch.
-Jakbyś cały czas upadał na tyłek,też byś uważał jak siadasz-burknęłam.
-Ksavier?-zapytał cicho,na co skinęłam ponuro głową.
Zabrałam się za jedzenie. Nie chciało mi się jeść,ale musiałam. Spojrzałam na pustą szklankę.
-Ciepła czekolada-mruknęłam.
W szklance od razu pojawiło się to co chciałam. Taka magia. Upiłam kilka łyków,uśmierciłam niewinną sałatę i winogrona.
-Co masz zaplanowane po posiłku?-spytał satyr.
-Biegi z centaurami-odpowiedziałam.
Dopiłam czekoladę i wstałam od stołu. Satyr również wstał,zabrał ze sobą kilka puszek i ruszył koło mnie.
-Musze to koniecznie zobaczyć-oznajmił mi.
-To tylko zwykłe bieganie-w mówieniu półprawd nikt się ze mną nie równa.
To było po prawdzie bieganie,ale z przeszkodami. Jakieś głazy do przeskoczenia,albo krzaki. Miałam pierwszy raz biec z centaurami. Grover palnął wczoraj,że biegam jak zając,że potrafię przebiec nawet milę bez wysiłku. Centaury biegają jedną milę po posiłkach. Ćwiczą w ten sposób swoje mięśnie i koordynację. Weszliśmy na ich udeptany tor pięć minut później. Usiadłam na trawie i zaczęłam się rozciągać. Po dwóch minutach już słyszałam w oddali tupot kopyt. Zza zakrętu wyłoniło się kilku centaurów. Bieli spokojnym jak dla nich biegiem. Coś pomiędzy sprintem,a truchtem. Błyskawicznie wstałam i odsunęłam się na bok. Merlin w wisielczym nastroju zwolnił i zatrzymał się przede mną,kiedy reszta pobiegła dalej. Uśmiechnął się do mnie ze współczuciem.
-Masz przekichane. Staraj się nadążać za nami i się nie zgubić po drodze-powiedział do mnie na przywitanie.
-Mnie Ciebie też miło widzieć,Merlinie-mruknęłam.
Zaśmiał się i skinął głową na Asforda-odpowiedział mu tym samym.
-Ruszcie się!!!-ryknął na nas centaur o szarej maści.
Centaur wyglądał tak przerażająco,że nikt mu się pewnie nie stawiał. Wszyscy odnosili się do niego z szacunkiem. Powstrzymałam się od za salutowania mu z sarkazmem i posłusznie ruszyłam za Merlinem. Musiałam biegnąć sprintem,żeby ich dogonić. Powyprzedzałam innych centaurów i deptałam Wodzowi Centaurów po piętach,a raczej kopytach. Merlin i inni centaurowie trzymali się w pewnej odległości. To był ich wódz,nie mój. W końcu się przesunęłam na lewą stronę i zrównałam z centaurem. Skupiłam się na równomiernym oddychaniu i rytmicznym stawianiu nóg. Dostosowałam się do tępa siwowłosego centaura i biegłam obok niego. Przeskoczyłam stertę głazów równo z nim. Nie miałam zadyszki nawet po trzydziestu kilometrach.
-Masz dobrą kondycję jak na półboginię-oznajmił centaur.
-Uwielbiam biegać-odpowiedziałam,nie wytrącając się z rytmu.
-To widać-powiedział z uznaniem.
Przeskoczyłam w tym samym czasie co on zwalony konar drzewa i wylądowałam miękko. Kiedy lądowałam na jednej nodze,odbijałam się od ziemi i biegłam dalej. Centaury na swój sposób mają łatwiej,bo mają końskie nogi,które są do biegania przystosowane.
Cztery godziny później dobiliśmy do mili. Nie spociłam się za bardzo,ale lekko się zmęczyłam. Kiedy stanęłam przed Groverem,zaklaskał i wyszczerzył się do mnie.
-Jak bieganie?-zapytał zaciekawiony.
-Całkiem niezłe. Świetnie się biega z centaurami-odpowiedziałam.
Gdzieś w głębi lasu usłyszałam trzask gałęzi. Uniosłam głowę i wgapiłam się w las. Zobaczyłam w oddali biegnącą w przeciwną stronę postać. Zapewne jakiś półbóg. Poznałam po pomarańczowej podkoszulce Obozu. Zmarszczyłam brwi.
-Widziałeś kto to?-zapytałam satyra.
-Jakiś pierwszoroczniak-odpowiedział.
Skinęłam głową. Nie ma co rozgadać,wszyscy wiedzą,że ćwiczę i biegam z centaurami. Tylko młodsi obozowicze o tym nie wiedzą. Nie ma takiej potrzeby. Jeden z nich się dowiedział,ale to wcale nikogo nie zdziwi. Nie miałam powodów do obaw. Wróciliśmy do zasiedlonych terenów. Gilver musiał gdzieś pędzić jak zwykle,a ja nie miałam na razie żadnych obowiązków do spełnienia. Usiadłam na zarośniętym wzgórzu i patrzyłam na obóz,rzekę,pola truskawek i las. Z tej perspektywy wszystko wyglądało pięknie jak zawsze.
Uśmiechnęłam się lekko do siebie i przymknęłam oczy. Siedziałam tak,odprężona i w pewnym stopniu szczęśliwa,że znalazłam się w Obozie. Odwróciłam głowę kiedy usłyszałam,że ktoś idzie w moim kierunku. Był to wielki czarny pegaz. Jego czarna sierść błyszczała się w słońcu. Był silnie zbudowany nawet jak na pegaza. Czarne skrzydła miał lekko rozłożone,a brązowe oczy patrzyły centralnie na mnie. Uśmiechnęłam się do pegaza i poklepałam trawę obok siebie,zachęcając go by położył się obok mnie. Zrobił to z piękną i dziką gracją.
-Jestem Sabrina,córka Pana Mórz-przedstawiłam się koniowi.
-Jestem Mroczny,syn Pierwszego Pegaza-odpowiedział w moim umyśle.
-Miło Cię widzieć,Mroczny-powiedziałam-Co Cię do mnie sprowadza?-zapytałam.
-Jeszcze nie masz wierzchowca-stwierdził w moim umyśle-Chciałbym nim zostać-dodał.
Zaśmiałam się cicho i pogłaskałam go po wielkiej i ciepłej szyi.
-Bardzo chętnie-odpowiedziałam,przyjmując go.
Powąchał powietrze obok siebie i kichnął.
-Syn Aresa tu idzie. Pachnie jakby się tarzał w gównie-oznajmił Mroczny.
Zaśmiałam się głośno z komentarza pegaza. Po minucie z linii lasu wyłonił się Aspen. I wyglądał jakby wleciał w gówna. Podszedł do nas,ale stanął w pewnej odległości,kiedy zobaczył mnie z czarnym pegazem.
-Chejron Cię wzywa-oznajmił szorstko.
Wstałam leniwie.
-Powinieneś się wykąpać-poradziłam mu,co go jeszcze bardziej rozwścieczyło.
-Będziesz szybciej,jak Cię podrzucę-stwierdził Mroczny,również wstając.
Wsiadłam na jego grzbiet,co wcale nie było łatwe. Wziął krótki rozbieg i znaleźliśmy się w powietrzu. Czemu słyszałam i rozumiałam pegaza? Bo był koniem,a konie stworzył właśnie mój tata. Jestem jego córką i rozumiem tylko konie,wszystkie. Już po pięciu minutach powoli i leniwie znaleźliśmy się przed Wielkim Domem. Mroczny wylądował jako tako na trawie i zaczął ją jeść,jakby po to tu przyleciał. Ja ruszyłam na lekko odrętwiałych nogach do werandy białego domu. Chejron i Pan D. grali w karty. Kiedy tylko podeszłam,centaur Chejron przestał grać i popatrzył na mnie poważny.
-Mam dla Ciebie zadanie Sabrino,ale musisz je przyjąć-oznajmił na przywitanie.
-Przyjmuję-odpowiedziałam.
-Musisz odzyskać Róg Obfitości,skradziony przez zdrajcę. Luke'a,syna Hermesa-powiedział-Nie wiemy dokładnie gdzie jest,ale pierwsza grupa nie wróciła z tego zadania. Dostaniesz trójkę półbogów do pomocy. Aspena,Annabeth,córkę Ateny i Grovera. Wyruszacie jutro o świcie. Spakuj potrzebne Ci rzeczy i potrenuj szermierkę-dodał.
Annabeth ma blond włosy,jest bardzo mądra i pomysłowa. Jest wysoka,ale nie tak jak ja. Chuda,ale zwinna. Ma czapkę niewidkę,ale jej strategie zawsze są najlepsze. Jej wybór spodobał mi się,ale Aspena niekoniecznie. Po cholerę nam impulsywny palant z talentem wnerwiania wszystkich dookoła? Grover jako satyr ma za zadanie się nami opiekować. Zdziwiło mnie natomiast to,że Chejron wybrał mnie jako przywódcę. Wcześniej nie chciał mnie wysyłać na żadną misję. Nie wiedziałam dlaczego dopiero teraz chciał mnie wysłać na misję. Bo jestem szybka? Ponieważ nikt poza Obozem nie wie kim jest mój boski rodzic? Może chce mnie sprawdzić albo czegoś nauczyć? Mam zdobyć swoje pierwsze doświadczenia,czy po prostu nie ma kogo innego wysłać? Skinęłam głową i oddaliłam się.
-Nie musisz dziękować-mruknęłam-Idziemy do Dionizes'a i Hejron'a?-zapytałam go cicho.
-Tak-przytaknął i skręcił w lewo.
Wzniosłam oczy do nieba,ale nic nie powiedziałam. Czułam się wystarczająco jak dziwnie kiedy wszyscy,których mijałam się na mnie gapili z zaciekawieniem. Jak już wspominałam Zeus,Posejdon i Hades mają najmniej dzieci,jeśli w ogóle je mają. Jestem ostatnim dzieckiem jednego z tych trzech bogów. Ciekawe czy wiedzą o tym inni. Zakładając po zaciekawionych i zdziwionych spojrzeniach stwierdzam,że wiedzą. Zostałam tematem plotek na kilka najbliższych i najcięższych dni.
Pierwszy tydzień był najcięższy. Nie umiałam się skupić na treningach i lekcjach o potworach,
roślinach i tym podobnych rzeczach,bo na około mnie wszyscy szeptali. W dodatku trenowałam w wolnym czasie z Groverem,jeśli nie był zbyt zajęty dziewczynami. Kiedy wreszcie mogłam spać w moim wielkim domku przy jeziorze,spałam jak kamień. To wszystko mnie wykańczało,ale nie zamierzałam się tak łatwo poddać. Im gorzej z czymś mi szło,tym uparciej to powtarzałam. Treningi miałam z Hejron'em,ćwiczyłam
oddzielnie od innych półbogów. Nawet szybko zakolegowałam się z kilkoma centaurami. Kastion(miał złotą maść,włosy i oczy),Merlin(miał czerwonawą maść,czerwonawe włosy i zielone oczy), Aler(biała maść,białe włosy i szare oczy) oraz Ksavier(czarne włosy,maść i oczy). Pomagali mi w walce,uczyli różnych chwytów,ataków i bloków. Merlin pomagał mi też w zielarstwie i astrologii. Śniadanie jadłam wraz z Asfordem przy moim stole. Każde dziecko jakiegoś boga miało oddzielny stół od reszty. Dzieci Afrodyty jadły przy jednym,dzieci Apolla przy innym...
Otworzyłam oczy i usiadłam na cholernie wygodnym hamaku. Od jakiś dwóch dni budzę się
sama o wyznaczonej godzinie. Mój domek miał pełno dodatków oznajmujących,który bóg mnie spłodził.
Dwa trójzęby,kilkanaście muszli,niebieskie dodatki i ciuchy. Przeciągnęłam się,o mało nie spadając z hamaka i zaczęłam się szykować. Dobra,żartowałam! Wstałam za wcześnie jak na pobudkę. Miałam własny kajak i skuter. Jeszcze na żadnym z tych dwóch rzeczy nie pływałam,bo nie miałam czasu. Podeszłam do pomostu i po prostu wskoczyłam do wody. Odbiłam się od dna i wypłynęłam na powierzchnie. Odwróciłam się od pomostu i zaczęłam spokojnie płynąć pod wodą. Rozpierała mnie energia co jest dziwne. Im więcej się męczyłam tym więcej miałam siły. Kiedy płynęłam z powrotem,zauważyłam jakąś postać na pomoście. Zmarszczyłam brwi,ale wciąż nie wypływałam na powierzchnie. Miałam jeszcze piętnaście minut do pobudki. Zrobiłam pętelkę i wypłynęłam na powierzchnie. Byłam zdziwiona obecnością syna boga wojny. Podpłynęłam do pomostu. Wyciągnął do mnie rękę,ale zignorowałam ją. Płynnie i szybko wdrapałam się na pomost i wstałam.
-Co Cię sprowadza do mojego domu,Aspen?-zapytałam szorstko.
Był ubrany jak każdy inny półbóg. Bluzka,spodnie,buty,skórzany napierśnik zakrywający klatkę piersiową,
brzuch i plecy. Miał do pasa przypiętą pochwę z mieczem. Synowie Aresa mieli czarne bluzki,spodnie i
włosy. Aspen miał zielone oczy i czarne włosy. Wyglądał jak atleta i był cholernie wkurzający oraz przystojny.
-Wpadłem sprawdzić czy jeszcze żyjesz po wczorajszym-odpowiedział ze złośliwym uśmiechem.
Uśmiechnęłam się słodko.
-Potrzeba czegoś więcej niż debila z mieczem,żeby mnie zabić-odparowałam przesłodzonym głosem.
Nie znosiłam go jak tylko go zobaczyłam i z wzajemnością. Wczoraj miałam to nieszczęście,że z nim ćwiczyłam. Jak wiadomo nie znosimy się,więc o mało się nie pozabijaliśmy. Oczywiście władałam mieczem równie dobrze co on,więc walka trwała długo,aż nas nie rozdzielono. Ja się uzdrowiłam za pomocą wody.
Jemu musieli pomóc inni,ale nie wyglądał jakby był kiedykolwiek ranny.
-Widzimy się na treningu-pożegnał się,kiedy podszedł do nas Ksavier z dwoma mieczami.
-Tym razem Cię zmiażdżę-odpowiedziałam i uśmiechnęłam się do czarnowłosego centaura.
Skinął mi głową i rzucił miecz. Złapałam go i normalnie,aż się zachwiałam. Był zrobiony dla silnych centaurów,a nie początkujących półbogów. Był za ciężki jak na moje obie ręce,ale dobrze wyważony. Aspen pośpiesznie się wycofał i wszedł do lasu,ale nie zwracałam sobie nim głowy. Ksavier nie mówił za wiele do nikogo,ale przez te kilka dni zdarzyłam go poznać. Wiedziałam czego ode mnie oczekuje. Całkowitego skupienia i walki. Zrobiłam unik przez jego mieczem i sama zaatakowałam. Jego nie obchodziło czy jestem mokra,czy nie. Mam walczyć chodźmy nawet w sukience(już tak raz musiałam z nim walczyć,sukienki już się nie da uratować). Odbił mój mizerny atak tak mocno,że wylądowałam na tyłku. Super-pomyślałam ponuro-nie minęła minuta,a on już wygrał.
-Ruszaj nogami,biegaczko-warknął na mnie.
Wstałam z zaciśniętymi zębami,zła na siebie i jego. Czemu dał mi taki ciężki miecz,skoro wiedział,że jestem jeszcze niedoświadczona w walce? Ledwie poradziłam sobie z synem Aresa-był remis,a co dopiero z centaurem,który od małego uczył się walki! Wzięłam głęboki oddech i oczyściłam umysł. Lewą nogę cofnęłam do tyłu lekko. Zaatakowałam go,ale już po chwili siedziałam na deskach pomostu.
-Jesteś za sztywna-oznajmił mi Ksavier.
-Co Ty nie powiesz!-odpyskowałam z zaciśniętą szczęką.
-Rozluźnij się i ruszaj,a nie stercz jak kukła-poradził spokojnie.
Rzuciłam mu miażdżące spojrzenie,ale nic sobie z tego nie robił. Wstałam i podskoczyłam w miejscu kilka razy. Wszystkie mięśnie się rozluźniły.
Wzięłam uspokajający oddech. Czułam wodę za sobą. Wiedziałam,że jest lekko wzbóżone,jakoś na nie wpłynęłam za pomocą woli. Woda nie ma własnej woli. Nie jest żywą istotą. Posłuchałam się rady centaura i zaczęłam ruszać. Doskakiwałam do centaura,atakując go i odskakiwałam,kiedy atakował,a także blokowałam jego ciosy. Jeszcze kilka razy lądowałam na deskach.
Ktoś zadął w konchę-śniadanie. Przerwaliśmy ćwiczenia i bez słowa skinęliśmy sobie głowami. Ksavier poszedł do swoich na śniadanie,a ja ruszyłam do swoich. Przebiegłam przez las i wyłoniłam się w Obozie razem z driadami. Jadalnia wcale nie była normalna. Był to duży okrąg z marmurową podłogą i stołami. Na krańcach podłogi z marmuru stały wielkie kolumny tworząc okrąg. Nie było dachu,bo tu nie padało kiedy nie chcieliśmy. Weszłam po schodach do jadalni,wzięłam talerz od Jesindy-nimfy wodnej-i podeszłam do paleniska na środku jadalni. Wrzuciłam pomarańczę i mruknęłam coś co brzmiało jak "To dla Ciebie,Posejdonie" po czym siadłam bardzo ostrożnie na ławce przy moim stoliku. Pan D.,czyli Dionizos i pan Chejron już siedzieli na swoich miejscach. Grover przyglądał mi się bacznie jak siadałam.
-Coś Ci się stało?-zapytał cicho.
Uśmiechnęłam się sarkastycznie. Nie miałam humoru na jakieś głupie żarty,ani nic. A Gilver wyczuł to z moich emocji. Ta,umie odczytywać emocje wszystkich w pobliżu i ma czuły węch.
-Jakbyś cały czas upadał na tyłek,też byś uważał jak siadasz-burknęłam.
-Ksavier?-zapytał cicho,na co skinęłam ponuro głową.
Zabrałam się za jedzenie. Nie chciało mi się jeść,ale musiałam. Spojrzałam na pustą szklankę.
-Ciepła czekolada-mruknęłam.
W szklance od razu pojawiło się to co chciałam. Taka magia. Upiłam kilka łyków,uśmierciłam niewinną sałatę i winogrona.
-Co masz zaplanowane po posiłku?-spytał satyr.
-Biegi z centaurami-odpowiedziałam.
Dopiłam czekoladę i wstałam od stołu. Satyr również wstał,zabrał ze sobą kilka puszek i ruszył koło mnie.
-Musze to koniecznie zobaczyć-oznajmił mi.
-To tylko zwykłe bieganie-w mówieniu półprawd nikt się ze mną nie równa.
To było po prawdzie bieganie,ale z przeszkodami. Jakieś głazy do przeskoczenia,albo krzaki. Miałam pierwszy raz biec z centaurami. Grover palnął wczoraj,że biegam jak zając,że potrafię przebiec nawet milę bez wysiłku. Centaury biegają jedną milę po posiłkach. Ćwiczą w ten sposób swoje mięśnie i koordynację. Weszliśmy na ich udeptany tor pięć minut później. Usiadłam na trawie i zaczęłam się rozciągać. Po dwóch minutach już słyszałam w oddali tupot kopyt. Zza zakrętu wyłoniło się kilku centaurów. Bieli spokojnym jak dla nich biegiem. Coś pomiędzy sprintem,a truchtem. Błyskawicznie wstałam i odsunęłam się na bok. Merlin w wisielczym nastroju zwolnił i zatrzymał się przede mną,kiedy reszta pobiegła dalej. Uśmiechnął się do mnie ze współczuciem.
-Masz przekichane. Staraj się nadążać za nami i się nie zgubić po drodze-powiedział do mnie na przywitanie.
-Mnie Ciebie też miło widzieć,Merlinie-mruknęłam.
Zaśmiał się i skinął głową na Asforda-odpowiedział mu tym samym.
-Ruszcie się!!!-ryknął na nas centaur o szarej maści.
Centaur wyglądał tak przerażająco,że nikt mu się pewnie nie stawiał. Wszyscy odnosili się do niego z szacunkiem. Powstrzymałam się od za salutowania mu z sarkazmem i posłusznie ruszyłam za Merlinem. Musiałam biegnąć sprintem,żeby ich dogonić. Powyprzedzałam innych centaurów i deptałam Wodzowi Centaurów po piętach,a raczej kopytach. Merlin i inni centaurowie trzymali się w pewnej odległości. To był ich wódz,nie mój. W końcu się przesunęłam na lewą stronę i zrównałam z centaurem. Skupiłam się na równomiernym oddychaniu i rytmicznym stawianiu nóg. Dostosowałam się do tępa siwowłosego centaura i biegłam obok niego. Przeskoczyłam stertę głazów równo z nim. Nie miałam zadyszki nawet po trzydziestu kilometrach.
-Masz dobrą kondycję jak na półboginię-oznajmił centaur.
-Uwielbiam biegać-odpowiedziałam,nie wytrącając się z rytmu.
-To widać-powiedział z uznaniem.
Przeskoczyłam w tym samym czasie co on zwalony konar drzewa i wylądowałam miękko. Kiedy lądowałam na jednej nodze,odbijałam się od ziemi i biegłam dalej. Centaury na swój sposób mają łatwiej,bo mają końskie nogi,które są do biegania przystosowane.
Cztery godziny później dobiliśmy do mili. Nie spociłam się za bardzo,ale lekko się zmęczyłam. Kiedy stanęłam przed Groverem,zaklaskał i wyszczerzył się do mnie.
-Jak bieganie?-zapytał zaciekawiony.
-Całkiem niezłe. Świetnie się biega z centaurami-odpowiedziałam.
Gdzieś w głębi lasu usłyszałam trzask gałęzi. Uniosłam głowę i wgapiłam się w las. Zobaczyłam w oddali biegnącą w przeciwną stronę postać. Zapewne jakiś półbóg. Poznałam po pomarańczowej podkoszulce Obozu. Zmarszczyłam brwi.
-Widziałeś kto to?-zapytałam satyra.
-Jakiś pierwszoroczniak-odpowiedział.
Skinęłam głową. Nie ma co rozgadać,wszyscy wiedzą,że ćwiczę i biegam z centaurami. Tylko młodsi obozowicze o tym nie wiedzą. Nie ma takiej potrzeby. Jeden z nich się dowiedział,ale to wcale nikogo nie zdziwi. Nie miałam powodów do obaw. Wróciliśmy do zasiedlonych terenów. Gilver musiał gdzieś pędzić jak zwykle,a ja nie miałam na razie żadnych obowiązków do spełnienia. Usiadłam na zarośniętym wzgórzu i patrzyłam na obóz,rzekę,pola truskawek i las. Z tej perspektywy wszystko wyglądało pięknie jak zawsze.
Uśmiechnęłam się lekko do siebie i przymknęłam oczy. Siedziałam tak,odprężona i w pewnym stopniu szczęśliwa,że znalazłam się w Obozie. Odwróciłam głowę kiedy usłyszałam,że ktoś idzie w moim kierunku. Był to wielki czarny pegaz. Jego czarna sierść błyszczała się w słońcu. Był silnie zbudowany nawet jak na pegaza. Czarne skrzydła miał lekko rozłożone,a brązowe oczy patrzyły centralnie na mnie. Uśmiechnęłam się do pegaza i poklepałam trawę obok siebie,zachęcając go by położył się obok mnie. Zrobił to z piękną i dziką gracją.
-Jestem Sabrina,córka Pana Mórz-przedstawiłam się koniowi.
-Jestem Mroczny,syn Pierwszego Pegaza-odpowiedział w moim umyśle.
-Miło Cię widzieć,Mroczny-powiedziałam-Co Cię do mnie sprowadza?-zapytałam.
-Jeszcze nie masz wierzchowca-stwierdził w moim umyśle-Chciałbym nim zostać-dodał.
Zaśmiałam się cicho i pogłaskałam go po wielkiej i ciepłej szyi.
-Bardzo chętnie-odpowiedziałam,przyjmując go.
Powąchał powietrze obok siebie i kichnął.
-Syn Aresa tu idzie. Pachnie jakby się tarzał w gównie-oznajmił Mroczny.
Zaśmiałam się głośno z komentarza pegaza. Po minucie z linii lasu wyłonił się Aspen. I wyglądał jakby wleciał w gówna. Podszedł do nas,ale stanął w pewnej odległości,kiedy zobaczył mnie z czarnym pegazem.
-Chejron Cię wzywa-oznajmił szorstko.
Wstałam leniwie.
-Powinieneś się wykąpać-poradziłam mu,co go jeszcze bardziej rozwścieczyło.
-Będziesz szybciej,jak Cię podrzucę-stwierdził Mroczny,również wstając.
Wsiadłam na jego grzbiet,co wcale nie było łatwe. Wziął krótki rozbieg i znaleźliśmy się w powietrzu. Czemu słyszałam i rozumiałam pegaza? Bo był koniem,a konie stworzył właśnie mój tata. Jestem jego córką i rozumiem tylko konie,wszystkie. Już po pięciu minutach powoli i leniwie znaleźliśmy się przed Wielkim Domem. Mroczny wylądował jako tako na trawie i zaczął ją jeść,jakby po to tu przyleciał. Ja ruszyłam na lekko odrętwiałych nogach do werandy białego domu. Chejron i Pan D. grali w karty. Kiedy tylko podeszłam,centaur Chejron przestał grać i popatrzył na mnie poważny.
-Mam dla Ciebie zadanie Sabrino,ale musisz je przyjąć-oznajmił na przywitanie.
-Przyjmuję-odpowiedziałam.
-Musisz odzyskać Róg Obfitości,skradziony przez zdrajcę. Luke'a,syna Hermesa-powiedział-Nie wiemy dokładnie gdzie jest,ale pierwsza grupa nie wróciła z tego zadania. Dostaniesz trójkę półbogów do pomocy. Aspena,Annabeth,córkę Ateny i Grovera. Wyruszacie jutro o świcie. Spakuj potrzebne Ci rzeczy i potrenuj szermierkę-dodał.
Annabeth ma blond włosy,jest bardzo mądra i pomysłowa. Jest wysoka,ale nie tak jak ja. Chuda,ale zwinna. Ma czapkę niewidkę,ale jej strategie zawsze są najlepsze. Jej wybór spodobał mi się,ale Aspena niekoniecznie. Po cholerę nam impulsywny palant z talentem wnerwiania wszystkich dookoła? Grover jako satyr ma za zadanie się nami opiekować. Zdziwiło mnie natomiast to,że Chejron wybrał mnie jako przywódcę. Wcześniej nie chciał mnie wysyłać na żadną misję. Nie wiedziałam dlaczego dopiero teraz chciał mnie wysłać na misję. Bo jestem szybka? Ponieważ nikt poza Obozem nie wie kim jest mój boski rodzic? Może chce mnie sprawdzić albo czegoś nauczyć? Mam zdobyć swoje pierwsze doświadczenia,czy po prostu nie ma kogo innego wysłać? Skinęłam głową i oddaliłam się.
Rozdział 1. "Dotknij wody,ona Cię uzdrowi,córko"
Zaczęły na mnie polować na mnie demony. Dwa dni temu zabiłam dwa niedźwiedzio podobne demony. Od tamtej chwili opiekuje się mną satyr,Grover Asford. Od tamtego czasu uciekam od półbogów,bogów i innych stworzeń. Wylądowałam w Nowym Jorku. Wiedziałam,że kiedyś tam będę musiała pójść do Obozu Herosów,ale nie widziałam tego w bliskiej przyszłości. Nauczyłam się hamować swoją wściekłość i złość.
Kiedyś rzuciłam się na jakiegoś dzieciaka,bo powiedział coś głupiego o mojej mamie. Wylądował w szpitalu,załatwiłam go na amen,miał szczęście,że przeżył. Zaplotłam swoje długie ciemnobrązowe włosy,które były do połowy pleców,w warkocza i przewiesiłam przez prawe ramię. Wdałam się w ojca. Byłam wysoka i silna,włosy i oczy miałam identyczne jak on. Sylwetkę odziedziczyłam po mamie. Szerokie biodra,wcięcie w talii i chude nogi. Charakter miałam swój. Trudny i cholernie silny,ale jeśli się do kogoś przywiąże potrafię udowodnić swoją przyjaźń. Potrafie walczyć o swoje. Wskoczyłam do lodowatej wody w spodenkach i podkoszulce. W wodzie mogłam myśleć i nabrać siły. Uśmiechnęłam się lekko,siadając na piaszczystym dnie. Woda była błękitna i czysta. Zobaczyłam na dnie piękną pustą muszlę i złoty długopis. Wzięłam długopis do prawej ręki,a muszlę do lewej.
"Od teraz to Twój miecz i tarcza,droga córko"-oznajmił Posejdon w mojej głowie.
Każdy półbóg może słyszeć swojego boskiego rodzica. Mój tata odzywa się co jakiś czas i od czasu do czasu coś od niego dostaje. Ostatnio dostałam klucz rozgwiazdowy. Odbiłam się stopami od dna i powoli zaczęłam płynąć na powierzchnię. Potrafię wstrzymać na długo oddech pod wodą. Jezioro,w którym pływałam znajdowało się z dala od ludzkich oczu,było długie i głębokie. Machnęłam nogami i znalazłam się na powierzchni. Podpłynęłam do pomostu,położyłam muszlę i długopis i podciągnęłam się na rękach. Robiłam to tyle razy,że doszłam do wprawy. Klepnęłam na dwóch teraz już mokrych deskach pomostu i odetchnęłam głęboko. Założyłam buty i zabrałam dary ojca. Wstałam i ruszyłam powoli pomostem na plażę,gdzie czekał na mnie Glover. Wywróciłam oczami kiedy się wyszczerzył i pomachał mi. Nie śpiesząc się nigdzie szłam po pomoście. Mokre ciuchy kleiły się do ciała i trochę mi było niewygodnie. Satyr ustalił sobie regułę,że jak jestem pod wodą,albo w wodzie daje mi prywatność. Nie wisi nade mną,tylko czeka na brzegu. W lasku za nim coś mignęło,było szybkie,ale nie dość. To wystarczyło,żebym spoważniała i zaczęła truchtać. Grover w mig zorientował się,że coś nie gra,bo odwrócił się i puścił dwa czarne plecaki. Byłam w połowie pomostu kiedy to coś znowu mignęło w lasku. Byłam zaniepokojona i lekko zirytowana. Ruszyłam sprintem do satyra. Nagle z znikąd metr przede mną wylądowała strzała,która płonęła. Pomost szybko się zapalił,a ogień ruszył w moją stronę. Wbiłam w niego wzrok i przy śpieszyłam. Wybiłam się i przeskoczyłam płomienie. Gorąco buchnęło mi pod stopami,a czas na chwilę zwolnił. Serce podeszło mi do gardła. Krew w żyłach przyśpieszyła,a ja poczułam,że wreszcie żyłam naprawdę. Walka,to była część mnie. Wylądowałam na prawej nodze i od razu lewa wystrzeliła przed prawą. Czas ruszył dalej,serce wróciło na swoje miejsce,ale krew dalej szalała mi w żyłach. Po minucie znalazłam się koło Grovera,z przyśpieszonym oddechem.
-Jak myślisz co to jest?-zapytałam go,ledwie poruszając ustami.
Czuć było od niego,że ma stracha. Zerknął na mnie.
-Nie mam pojęcia,ale na pewno musi być tu łucznik-odpowiedział piskliwym głosem.
Odwróciłam do niego głowę,nie dowierzając. Zmienia się w piszczącą dziewczynkę? A gdzie jest satyr,który zawsze był odważny i cholernie się przechwalał swoimi umiejętnościami?! Dopiero po chwili skapnęłam się,że powiedziałam to na głos. Był zmieszany.
-Zwiał gdzie pieprz rośnie. My też powinniśmy-odpowiedział.
-Nie zamierzam uciekać jak jakaś pieprzona,piskliwa dziewczynka!-warknęłam,wciskając długopis i muszlę.
W jednej chwili z długopisu zrobił się złoty miecz,a z niebieskawej muszli tarcza. Miecz nie był jakoś ogromnie ciężki,tarcza raczej ważyła więcej. Zacisnęłam palce na rękojeści idealnie wyważonego złotego miecza i spojrzałam na lasek.
-Hybryda-szepnął młody satyr,już normalnym tonem-Lew i skorpion-dodał,kiedy wyskoczyła zza drzew.
Wielki tułów i głowa miała lwie,ale ogon już skorpiona. Obnażyła żółte zęby i rzuciła się wprost na mojego przyjaciela. Na chwilę mnie wmurowało,ale ocknęłam się w samą porę. Wydałam z siebie wojowniczy krzyk i rzuciłam się na nią. Zamachnęła się na mnie swoim długim ogonem,ale zdążyłam się zasłonić tarczą. Kiedy końcówka jej ogona zderzyła się z moją tarczą,zrobił się huk i poczułam ból w całej ręce,która wibrowała delikatnie. Zaatakowałam hybrydę mieczem,ale nic to nie dało,bo była przygotowana. Zamachnęła się wielką łapą i miecz poszybował kilka metrów dalej. Rąbnęłam go tarczą w kolec jadowy i kopnęłam w tą bezwartościową gębę,warcząc wściekle. Żeby go zabić musiałabym mu obciąć kolec jadowy i głowę,ale nie miałam teraz miecza. Cofnęłam się kilka kroków do tyłu,żeby nie być w zasięgu jej kolca. Podskoczyłam kiedy skoczyła w moją stronę,ogon mając nisko. Celowała w moje nogi,ale mój podskok jej to uniemożliwił. Ogon śmignął mi pod nogami jak jeszcze byłam w powietrzu,nie dotykając ich. Zachwiała się potężnie i runęła jak długa na ziemi,więc wykorzystałam okazję by dopaść mojego miecza. Kiedy tylko do niego podbiegłam,w wieczorowym powietrzu świsnęły trzy płonące strzały. Podniosłam błyskawicznie złoty miecz i odwróciłam się przodem. Oddzielała mnie od hybrydy i satyra wysoka ściana ognia. To wredne zmutowane zwierze szło po pomoście do Gilvera. Na chwilę stanęłam nieruchomo,nie dowierzając temu co widzę,a potem cisnęłam mieczem na ziemię. Wściekła jak osa,ściągnęłam z lewej ręki tarczę i chwyciłam ją jak bumerang. Zamachnęłam się,cała spięta skręcając tułów i cisnęłam niebieskawą tarczą w hybrydę. Tarcza poleciała łukiem,kręcąc się wokół własnej osi i odcięła hybrydzie połowę ogona i głowę. To chwili Asford mimo swojej ciemnej karnacji wydawał się blady i zdezorientowany. Podniósł się z desek pomostu i popatrzył w moją stronę. Na pewno mnie widział,bo ogień dwa metry przede mną oświetlał wszystko dookoła. Księżyc w pełni wyłonił się zza chmur i oświetlił jezioro,las,pomost i małą plażę,na której byłam swoim srebrnym blaskiem. Zapadła noc. Cicha i niespokojna,jakby ostrzegającą. Odwróciłam się,słysząc trzask gałęzi. Zobaczyłam cztery ciemne sylwetki z mieczami. Nie za bardzo mi się to podobało,zwłaszcza,że rozpoznałam dwóch z chłopaków. Czarnowłosego chłopaka o zielonych oczach dobrze zbudowanego i silnego. Chodziłam z nim na angielski. Taka mała uwaga,nie mogę nic przeczytać co nie byłoby zapisane po grecku albo łacinie. Dysleksja i nad pobudliwość. Dwa słowa opisywały wszystkich półbogów. Drugi chłopak był blondynem i miał brązowe oczy. Wysoki,umięśniony i szybki. Chodziłam z nim na wychowanie fizyczne. Szybka ocena dwóch obcych uzmysłowiła mi,że nie mam żadnych szans. Jeden z brunetów miał łuk i to on zapewne bawił się w łucznika. Mój mózg pracował na szybkich obrotach,obmyślając jak mogłabym wyjść z tego cała,a nie w kawałkach. Zapewne wiedzieli,że jestem półboginią,a w dodatku córką boga mórz. Moją mocną stroną była niesamowita kondycja. Potrafiłam biec przez cały dzień,co oczywiście się przydawało podczas ucieczki. Nie byłam jakoś specjalnie silna. Nie umiałam posługiwać się mieczem,nie robiąc sobie krzywdy,a co dopiero walczyć. Uczucie,że wreszcie żyłam lekko przygasło,krew zwolniła swój szaleńczy bieg w żyłach. Podniosłam z ziemi swój złoty miecz. Odgarnęłam z twarzy zbłąkane kosmyki i czujnie obserwowałam ruchy wrogów. Mieli przewagę liczebną i byli silniejsi,ale na pewno nie byli półbogami,prawda? Łucznik bez słowa sięgnął do kołczanu po strzałę,a pozostała trójka się zatrzymała. Nie nakłaniali mnie,żebym się poddała czy przeszła na ich stronę,więc musieli wiedzieć,że się nie poddam. Nagle dzika myśl przeleciała mi przez głowę. Byłam córką Posejdona,nie? A skoro byłam córką boga morza to musiałam posiadać jego dar czy talent. Nie zaszkodzi spróbować. Kucnęłam i nie puszczając miecza z prawej ręki,położyłam obie ręce na ziemi-nie spuszczając wzroku z nie przyjaciół. Oczyściłam umysł,myśląc tylko o wodzie. Lodowatej wodzie zbitej w potężną falę. Poczułam dziwne mrowienie w całym ciele i lekki ból głowy. Jezioro się zburzyło,wielka fala ruszyła w naszą stronę. Była kilku metrowa. Zgasiła ogień w mgnieniu oka,przeszła przeze mnie nic mi nie robiąc-za to odzyskałam swoją tarczę-i runęła na czterech chłopaków. Woda dotarła,aż do linii lasku,ciągnąc ich do jeziora. Cofająca się woda,jak fala,nic mi nie zrobiła. Odwróciłam się do jeziora,pozdrawiając w myślach mojego ojca. Asfod biegł w moją stronę na swoich kozich nogach i z rogami na czole,dokładniej na linii włosów. Były małe,ale widoczne. Dopiero po sekundzie uzmysłowiłam sobie,że coś do mnie mówi,a raczej krzyczy. Poczułam niewyobrażalny ból w lewym barku. Po tym przyszła ciemność i zmęczenie.
Otworzyłam oczy i musiałam zamrugać,bo światło latarki było oślepiające. Jęknęłam i odepchnęłam latarkę od siebie. Ból w barku był nie do zniesienia,palił żywym ogniem. Zobaczyłam Grovera pochylającego się nade mną z zatroskaną i przerażoną miną. Chciałam się uśmiechnąć ale wyszedł z tego grymas bólu.
Przechyliłam głowę w lewą stronę i zobaczyłam mały kijek z czarnymi lotkami na końcu. Strzała. Oberwałam strzałą. To uzmysłowiło mi,że nie umiem walczyć,a tym bardziej się bronić. Nadal byliśmy nad jeziorem,a dokładniej na plaży. Leżałam na niebieskim ręczniku.
-Grover-warknęłam przez zaciśnięte zęby,by nie krzyczeć.
Spojrzał na mnie roztrzęsiony.
-Pozbieraj się do kupy,bekso-poprosiłam cicho.
Wytarł twarz wierzchem dłoni i zamrugał kilka razy,by mieć ostrość widzenia.
-Musisz wyjąć mi to cholerstwo z barku-oznajmiłam mu,oddychając najpłycej jak potrafiłam,bo bark nie bolał bardziej.
-N-nie u-u-umiem-wyjąkał,próbując się pozbierać.
-Będę Ci mówić co masz robić. Słuchaj co do Ciebie mówię i rób co każę,to będzie dobrze-starałam się nie krzyczeć.
Skinął głową skupiony.
-W plecaku masz apteczkę,jest potrzebna-stwierdziłam.
Skinął głową i sięgnął do swojego plecaka. Wyjął dużą apteczkę i otworzył ją. Popatrzył na mnie.
-Woda utleniona i waciki.
Wyciągnął co mu kazałam i położył na ręczniku.
-Pomóż mi usiąść-nakazałam.
Wsadził rękę pod moją szyję i plecy. Delikatnie pomógł mi usiąść.
-Sprawdź czy strzała przeszła na wylot.
Przechylił się w prawo,a potem wrócił do swojej wcześniejszej pozycji.
-Nie-zaprzeczył-Mam ją wyszarpać?-zapytał.
-Musisz ją przepchać na wylot-zignorowałam jego idiotyczne pytanie.
-Będzie bolało?
-Na pewno nie Ciebie,o resztę się nie martw.
Skinął głową,czekał aż dam sygnał. Zapatrzyłam się na jezioro w świetle księżyca i skinęłam lekko głową. Zacisnął rękę na strzale i popchnął z całej siły. Ostra końcówka przebiła się przez moją skórę,a ja krzyknęłam cicho z bólu.
-Polej wodą utlenioną-sapnęłam.
Odkręcił małą buteleczkę i polał obie rany. Zapiekło.
-Są nożyczki?-wystękałam jakoś.
Skinął głową i wziął je do ręki. Zastanowiłam się chwilę. Będzie bardziej boleć jak przepcha strzałę,czy jak szybko wyszarpie?
-Przetnij to cholerstwo z tyłu,przy skórze-nakazałam przez zaciśnięte zęby.
To też zabolało,jęknęłam cicho.
-Przyłóż tam waciki.
Spełnił moje polecenie.
-Musisz mnie przytrzymać i wyszarpnąć strzałę-oznajmiłam cicho,biorąc najgłębszy oddech jaki dałam radę.
Prawą ręką złapał moje ramie,a lewą strzałę. Zamknęłam oczy i skinęłam głową. Jednym silnym ruchem wyciągnął strzałę,a ja krzyknęłam. Bolało jak diabli. Lepiej by było gdybym zemdlała,ale niestety nie ma tak dobrze. Nie zemdlałam.
"Dotknij wody,ona Cię uzdrowi,córko"-odezwał się głos ojca w mojej głowie.
Wzięłam głęboki wdech i otworzyłam oczy.
-Muszę się dostać do wody-sapnęłam.
Satyr wziął mnie na ręce i w milczeniu zaniósł do jeziora. Posadził mnie przy wodzie i odsunął się jak zawsze. Wyciągnęłam rękę i dotknęłam wody otwartą dłonią. Lodowata woda zaczęła się wspinać na moją rękę,a potem dalej,aż do rannego miejsca. Poczułam ulgę kiedy woda zetknęła się z raną. Czułam przyjemne mrowienie
w ranie. Czułam jak odzyskuję siły,jak goi się rana. Po chwili już byłam cała i zdrowa,a woda wycofała się do jeziora. Wstałam i odwróciłam się do Asforda.
-Musimy iść do Obozu Herosów-stwierdziłam.
Doskonale wiedział dlaczego.
Kiedyś rzuciłam się na jakiegoś dzieciaka,bo powiedział coś głupiego o mojej mamie. Wylądował w szpitalu,załatwiłam go na amen,miał szczęście,że przeżył. Zaplotłam swoje długie ciemnobrązowe włosy,które były do połowy pleców,w warkocza i przewiesiłam przez prawe ramię. Wdałam się w ojca. Byłam wysoka i silna,włosy i oczy miałam identyczne jak on. Sylwetkę odziedziczyłam po mamie. Szerokie biodra,wcięcie w talii i chude nogi. Charakter miałam swój. Trudny i cholernie silny,ale jeśli się do kogoś przywiąże potrafię udowodnić swoją przyjaźń. Potrafie walczyć o swoje. Wskoczyłam do lodowatej wody w spodenkach i podkoszulce. W wodzie mogłam myśleć i nabrać siły. Uśmiechnęłam się lekko,siadając na piaszczystym dnie. Woda była błękitna i czysta. Zobaczyłam na dnie piękną pustą muszlę i złoty długopis. Wzięłam długopis do prawej ręki,a muszlę do lewej.
"Od teraz to Twój miecz i tarcza,droga córko"-oznajmił Posejdon w mojej głowie.
Każdy półbóg może słyszeć swojego boskiego rodzica. Mój tata odzywa się co jakiś czas i od czasu do czasu coś od niego dostaje. Ostatnio dostałam klucz rozgwiazdowy. Odbiłam się stopami od dna i powoli zaczęłam płynąć na powierzchnię. Potrafię wstrzymać na długo oddech pod wodą. Jezioro,w którym pływałam znajdowało się z dala od ludzkich oczu,było długie i głębokie. Machnęłam nogami i znalazłam się na powierzchni. Podpłynęłam do pomostu,położyłam muszlę i długopis i podciągnęłam się na rękach. Robiłam to tyle razy,że doszłam do wprawy. Klepnęłam na dwóch teraz już mokrych deskach pomostu i odetchnęłam głęboko. Założyłam buty i zabrałam dary ojca. Wstałam i ruszyłam powoli pomostem na plażę,gdzie czekał na mnie Glover. Wywróciłam oczami kiedy się wyszczerzył i pomachał mi. Nie śpiesząc się nigdzie szłam po pomoście. Mokre ciuchy kleiły się do ciała i trochę mi było niewygodnie. Satyr ustalił sobie regułę,że jak jestem pod wodą,albo w wodzie daje mi prywatność. Nie wisi nade mną,tylko czeka na brzegu. W lasku za nim coś mignęło,było szybkie,ale nie dość. To wystarczyło,żebym spoważniała i zaczęła truchtać. Grover w mig zorientował się,że coś nie gra,bo odwrócił się i puścił dwa czarne plecaki. Byłam w połowie pomostu kiedy to coś znowu mignęło w lasku. Byłam zaniepokojona i lekko zirytowana. Ruszyłam sprintem do satyra. Nagle z znikąd metr przede mną wylądowała strzała,która płonęła. Pomost szybko się zapalił,a ogień ruszył w moją stronę. Wbiłam w niego wzrok i przy śpieszyłam. Wybiłam się i przeskoczyłam płomienie. Gorąco buchnęło mi pod stopami,a czas na chwilę zwolnił. Serce podeszło mi do gardła. Krew w żyłach przyśpieszyła,a ja poczułam,że wreszcie żyłam naprawdę. Walka,to była część mnie. Wylądowałam na prawej nodze i od razu lewa wystrzeliła przed prawą. Czas ruszył dalej,serce wróciło na swoje miejsce,ale krew dalej szalała mi w żyłach. Po minucie znalazłam się koło Grovera,z przyśpieszonym oddechem.
-Jak myślisz co to jest?-zapytałam go,ledwie poruszając ustami.
Czuć było od niego,że ma stracha. Zerknął na mnie.
-Nie mam pojęcia,ale na pewno musi być tu łucznik-odpowiedział piskliwym głosem.
Odwróciłam do niego głowę,nie dowierzając. Zmienia się w piszczącą dziewczynkę? A gdzie jest satyr,który zawsze był odważny i cholernie się przechwalał swoimi umiejętnościami?! Dopiero po chwili skapnęłam się,że powiedziałam to na głos. Był zmieszany.
-Zwiał gdzie pieprz rośnie. My też powinniśmy-odpowiedział.
-Nie zamierzam uciekać jak jakaś pieprzona,piskliwa dziewczynka!-warknęłam,wciskając długopis i muszlę.
W jednej chwili z długopisu zrobił się złoty miecz,a z niebieskawej muszli tarcza. Miecz nie był jakoś ogromnie ciężki,tarcza raczej ważyła więcej. Zacisnęłam palce na rękojeści idealnie wyważonego złotego miecza i spojrzałam na lasek.
-Hybryda-szepnął młody satyr,już normalnym tonem-Lew i skorpion-dodał,kiedy wyskoczyła zza drzew.
Wielki tułów i głowa miała lwie,ale ogon już skorpiona. Obnażyła żółte zęby i rzuciła się wprost na mojego przyjaciela. Na chwilę mnie wmurowało,ale ocknęłam się w samą porę. Wydałam z siebie wojowniczy krzyk i rzuciłam się na nią. Zamachnęła się na mnie swoim długim ogonem,ale zdążyłam się zasłonić tarczą. Kiedy końcówka jej ogona zderzyła się z moją tarczą,zrobił się huk i poczułam ból w całej ręce,która wibrowała delikatnie. Zaatakowałam hybrydę mieczem,ale nic to nie dało,bo była przygotowana. Zamachnęła się wielką łapą i miecz poszybował kilka metrów dalej. Rąbnęłam go tarczą w kolec jadowy i kopnęłam w tą bezwartościową gębę,warcząc wściekle. Żeby go zabić musiałabym mu obciąć kolec jadowy i głowę,ale nie miałam teraz miecza. Cofnęłam się kilka kroków do tyłu,żeby nie być w zasięgu jej kolca. Podskoczyłam kiedy skoczyła w moją stronę,ogon mając nisko. Celowała w moje nogi,ale mój podskok jej to uniemożliwił. Ogon śmignął mi pod nogami jak jeszcze byłam w powietrzu,nie dotykając ich. Zachwiała się potężnie i runęła jak długa na ziemi,więc wykorzystałam okazję by dopaść mojego miecza. Kiedy tylko do niego podbiegłam,w wieczorowym powietrzu świsnęły trzy płonące strzały. Podniosłam błyskawicznie złoty miecz i odwróciłam się przodem. Oddzielała mnie od hybrydy i satyra wysoka ściana ognia. To wredne zmutowane zwierze szło po pomoście do Gilvera. Na chwilę stanęłam nieruchomo,nie dowierzając temu co widzę,a potem cisnęłam mieczem na ziemię. Wściekła jak osa,ściągnęłam z lewej ręki tarczę i chwyciłam ją jak bumerang. Zamachnęłam się,cała spięta skręcając tułów i cisnęłam niebieskawą tarczą w hybrydę. Tarcza poleciała łukiem,kręcąc się wokół własnej osi i odcięła hybrydzie połowę ogona i głowę. To chwili Asford mimo swojej ciemnej karnacji wydawał się blady i zdezorientowany. Podniósł się z desek pomostu i popatrzył w moją stronę. Na pewno mnie widział,bo ogień dwa metry przede mną oświetlał wszystko dookoła. Księżyc w pełni wyłonił się zza chmur i oświetlił jezioro,las,pomost i małą plażę,na której byłam swoim srebrnym blaskiem. Zapadła noc. Cicha i niespokojna,jakby ostrzegającą. Odwróciłam się,słysząc trzask gałęzi. Zobaczyłam cztery ciemne sylwetki z mieczami. Nie za bardzo mi się to podobało,zwłaszcza,że rozpoznałam dwóch z chłopaków. Czarnowłosego chłopaka o zielonych oczach dobrze zbudowanego i silnego. Chodziłam z nim na angielski. Taka mała uwaga,nie mogę nic przeczytać co nie byłoby zapisane po grecku albo łacinie. Dysleksja i nad pobudliwość. Dwa słowa opisywały wszystkich półbogów. Drugi chłopak był blondynem i miał brązowe oczy. Wysoki,umięśniony i szybki. Chodziłam z nim na wychowanie fizyczne. Szybka ocena dwóch obcych uzmysłowiła mi,że nie mam żadnych szans. Jeden z brunetów miał łuk i to on zapewne bawił się w łucznika. Mój mózg pracował na szybkich obrotach,obmyślając jak mogłabym wyjść z tego cała,a nie w kawałkach. Zapewne wiedzieli,że jestem półboginią,a w dodatku córką boga mórz. Moją mocną stroną była niesamowita kondycja. Potrafiłam biec przez cały dzień,co oczywiście się przydawało podczas ucieczki. Nie byłam jakoś specjalnie silna. Nie umiałam posługiwać się mieczem,nie robiąc sobie krzywdy,a co dopiero walczyć. Uczucie,że wreszcie żyłam lekko przygasło,krew zwolniła swój szaleńczy bieg w żyłach. Podniosłam z ziemi swój złoty miecz. Odgarnęłam z twarzy zbłąkane kosmyki i czujnie obserwowałam ruchy wrogów. Mieli przewagę liczebną i byli silniejsi,ale na pewno nie byli półbogami,prawda? Łucznik bez słowa sięgnął do kołczanu po strzałę,a pozostała trójka się zatrzymała. Nie nakłaniali mnie,żebym się poddała czy przeszła na ich stronę,więc musieli wiedzieć,że się nie poddam. Nagle dzika myśl przeleciała mi przez głowę. Byłam córką Posejdona,nie? A skoro byłam córką boga morza to musiałam posiadać jego dar czy talent. Nie zaszkodzi spróbować. Kucnęłam i nie puszczając miecza z prawej ręki,położyłam obie ręce na ziemi-nie spuszczając wzroku z nie przyjaciół. Oczyściłam umysł,myśląc tylko o wodzie. Lodowatej wodzie zbitej w potężną falę. Poczułam dziwne mrowienie w całym ciele i lekki ból głowy. Jezioro się zburzyło,wielka fala ruszyła w naszą stronę. Była kilku metrowa. Zgasiła ogień w mgnieniu oka,przeszła przeze mnie nic mi nie robiąc-za to odzyskałam swoją tarczę-i runęła na czterech chłopaków. Woda dotarła,aż do linii lasku,ciągnąc ich do jeziora. Cofająca się woda,jak fala,nic mi nie zrobiła. Odwróciłam się do jeziora,pozdrawiając w myślach mojego ojca. Asfod biegł w moją stronę na swoich kozich nogach i z rogami na czole,dokładniej na linii włosów. Były małe,ale widoczne. Dopiero po sekundzie uzmysłowiłam sobie,że coś do mnie mówi,a raczej krzyczy. Poczułam niewyobrażalny ból w lewym barku. Po tym przyszła ciemność i zmęczenie.
Otworzyłam oczy i musiałam zamrugać,bo światło latarki było oślepiające. Jęknęłam i odepchnęłam latarkę od siebie. Ból w barku był nie do zniesienia,palił żywym ogniem. Zobaczyłam Grovera pochylającego się nade mną z zatroskaną i przerażoną miną. Chciałam się uśmiechnąć ale wyszedł z tego grymas bólu.
Przechyliłam głowę w lewą stronę i zobaczyłam mały kijek z czarnymi lotkami na końcu. Strzała. Oberwałam strzałą. To uzmysłowiło mi,że nie umiem walczyć,a tym bardziej się bronić. Nadal byliśmy nad jeziorem,a dokładniej na plaży. Leżałam na niebieskim ręczniku.
-Grover-warknęłam przez zaciśnięte zęby,by nie krzyczeć.
Spojrzał na mnie roztrzęsiony.
-Pozbieraj się do kupy,bekso-poprosiłam cicho.
Wytarł twarz wierzchem dłoni i zamrugał kilka razy,by mieć ostrość widzenia.
-Musisz wyjąć mi to cholerstwo z barku-oznajmiłam mu,oddychając najpłycej jak potrafiłam,bo bark nie bolał bardziej.
-N-nie u-u-umiem-wyjąkał,próbując się pozbierać.
-Będę Ci mówić co masz robić. Słuchaj co do Ciebie mówię i rób co każę,to będzie dobrze-starałam się nie krzyczeć.
Skinął głową skupiony.
-W plecaku masz apteczkę,jest potrzebna-stwierdziłam.
Skinął głową i sięgnął do swojego plecaka. Wyjął dużą apteczkę i otworzył ją. Popatrzył na mnie.
-Woda utleniona i waciki.
Wyciągnął co mu kazałam i położył na ręczniku.
-Pomóż mi usiąść-nakazałam.
Wsadził rękę pod moją szyję i plecy. Delikatnie pomógł mi usiąść.
-Sprawdź czy strzała przeszła na wylot.
Przechylił się w prawo,a potem wrócił do swojej wcześniejszej pozycji.
-Nie-zaprzeczył-Mam ją wyszarpać?-zapytał.
-Musisz ją przepchać na wylot-zignorowałam jego idiotyczne pytanie.
-Będzie bolało?
-Na pewno nie Ciebie,o resztę się nie martw.
Skinął głową,czekał aż dam sygnał. Zapatrzyłam się na jezioro w świetle księżyca i skinęłam lekko głową. Zacisnął rękę na strzale i popchnął z całej siły. Ostra końcówka przebiła się przez moją skórę,a ja krzyknęłam cicho z bólu.
-Polej wodą utlenioną-sapnęłam.
Odkręcił małą buteleczkę i polał obie rany. Zapiekło.
-Są nożyczki?-wystękałam jakoś.
Skinął głową i wziął je do ręki. Zastanowiłam się chwilę. Będzie bardziej boleć jak przepcha strzałę,czy jak szybko wyszarpie?
-Przetnij to cholerstwo z tyłu,przy skórze-nakazałam przez zaciśnięte zęby.
To też zabolało,jęknęłam cicho.
-Przyłóż tam waciki.
Spełnił moje polecenie.
-Musisz mnie przytrzymać i wyszarpnąć strzałę-oznajmiłam cicho,biorąc najgłębszy oddech jaki dałam radę.
Prawą ręką złapał moje ramie,a lewą strzałę. Zamknęłam oczy i skinęłam głową. Jednym silnym ruchem wyciągnął strzałę,a ja krzyknęłam. Bolało jak diabli. Lepiej by było gdybym zemdlała,ale niestety nie ma tak dobrze. Nie zemdlałam.
"Dotknij wody,ona Cię uzdrowi,córko"-odezwał się głos ojca w mojej głowie.
Wzięłam głęboki wdech i otworzyłam oczy.
-Muszę się dostać do wody-sapnęłam.
Satyr wziął mnie na ręce i w milczeniu zaniósł do jeziora. Posadził mnie przy wodzie i odsunął się jak zawsze. Wyciągnęłam rękę i dotknęłam wody otwartą dłonią. Lodowata woda zaczęła się wspinać na moją rękę,a potem dalej,aż do rannego miejsca. Poczułam ulgę kiedy woda zetknęła się z raną. Czułam przyjemne mrowienie
w ranie. Czułam jak odzyskuję siły,jak goi się rana. Po chwili już byłam cała i zdrowa,a woda wycofała się do jeziora. Wstałam i odwróciłam się do Asforda.
-Musimy iść do Obozu Herosów-stwierdziłam.
Doskonale wiedział dlaczego.
Prolog.
Greccy bogowie istnieją naprawdę. Skąd to wiem? Jestem dzieckiem jednego z nich. Zeus,Posejdon i Hades to najstarsi bracia. Wielka Trójka,ich dzieci są niezwykle utalentowane i rzadkie. Nie wiem czy są na tym świecie dzieci Hadesa i Zeusa. Posejdon ma jedno dziecko,o którym wiem. Jestem nim Ja. Sabrina Rain,jestem córką Posejdona. Pewnie nie wiecie nic o Greckich bogach. Powiem Wam co nieco o nich.
Zeus to najwyższy z bogów. Brat Hestii, Demeter, Hery (również jej mąż,co jest naprawdę dziwne), Posejdona i Hadesa. Włada błyskawicami,więc lepiej mu nie podskakiwać. Ma przerażającą tarczę Egidę i z tego co wiem,może zamieniać się w orła. Jak dla mnie mógłby nie istnieć,świat by nie płakał za nim. Włada niebem.
Hera jest żoną Zeusa,boginią płodności,rodziny i innych takich rzeczy. Jej dzieci to Ares i Hefajstos(którego zrzuciła z tronu dwa razy). Jest łagodna,ale uparta.
Posejdon jest zaraz za Zeusem w ich hierarchii. Ma żonę Amfitrynę,która jest moją macochą. Uwielbia trójzęby,ale raczej nie zaraził mnie tą pasją. Włada morzami(ogólnie całą wodą,ale woli słoną). Mieszka w Morzu Śródziemnym. Ojciec jak ojciec,ale mógłby być lepszy.
Demeter jest boginią urodzaju. Matka Kory(Persefony). Potrafi zamienić człowieka w zielsko.
Ares jest bogiem wojny. Z nim naprawdę nie polecam zadzierać. Wredny,zarozumiały i łatwo wpada we wściekłość.
Atena jest boginią mądrości i strategii.
Apollo jest bogiem sztuki i wróżbiarstwa. Brat bliźniak Artemidy.
Artemida,bogini łowów. Uwielbia łowy i swoje Łowczynie. Spór z nią nie ma sensu,bo już w pierwszej minucie może załatwić.
Hefajstos,bóg kowali i ognia. Jest synem Zeusa i Hery. Jest kulawy,po tym jak został strącony z nieba. Ma niewierną żonę,Afrodytę. Mało gada,dużo robi.
Afrodyta,bogini miłości. Jeśli nie chcesz się zakochać to lepiej nie miej z nią żadnych sporów.
Hermes,bóg drug,złodziei. Posłaniec bogów. Jest bratem Dionizosa,Hefajstosa,Ateny,Apolla,Artemidy i Aresa.
Dionizos,bóg wina. Potrafi wprowadzić człowieka w obłęd. Za karę musi prowadzić Obóz Herosów razem z Hejronem.
Hades jest królem Podziemi. Jego żoną jest Persefona,którą porwał. W szczegóły nie wchodzę. Ma swojego psa,Cerbera(ten trójgłowy piesek). Jeśli się z nim zadzierało,miało się przechlapane za życia i po życiu. Na szczęście nie spotkałam się z tym okrutnym i zimnym bogiem.
Zeus to najwyższy z bogów. Brat Hestii, Demeter, Hery (również jej mąż,co jest naprawdę dziwne), Posejdona i Hadesa. Włada błyskawicami,więc lepiej mu nie podskakiwać. Ma przerażającą tarczę Egidę i z tego co wiem,może zamieniać się w orła. Jak dla mnie mógłby nie istnieć,świat by nie płakał za nim. Włada niebem.
Hera jest żoną Zeusa,boginią płodności,rodziny i innych takich rzeczy. Jej dzieci to Ares i Hefajstos(którego zrzuciła z tronu dwa razy). Jest łagodna,ale uparta.
Posejdon jest zaraz za Zeusem w ich hierarchii. Ma żonę Amfitrynę,która jest moją macochą. Uwielbia trójzęby,ale raczej nie zaraził mnie tą pasją. Włada morzami(ogólnie całą wodą,ale woli słoną). Mieszka w Morzu Śródziemnym. Ojciec jak ojciec,ale mógłby być lepszy.
Demeter jest boginią urodzaju. Matka Kory(Persefony). Potrafi zamienić człowieka w zielsko.
Ares jest bogiem wojny. Z nim naprawdę nie polecam zadzierać. Wredny,zarozumiały i łatwo wpada we wściekłość.
Atena jest boginią mądrości i strategii.
Apollo jest bogiem sztuki i wróżbiarstwa. Brat bliźniak Artemidy.
Artemida,bogini łowów. Uwielbia łowy i swoje Łowczynie. Spór z nią nie ma sensu,bo już w pierwszej minucie może załatwić.
Hefajstos,bóg kowali i ognia. Jest synem Zeusa i Hery. Jest kulawy,po tym jak został strącony z nieba. Ma niewierną żonę,Afrodytę. Mało gada,dużo robi.
Afrodyta,bogini miłości. Jeśli nie chcesz się zakochać to lepiej nie miej z nią żadnych sporów.
Hermes,bóg drug,złodziei. Posłaniec bogów. Jest bratem Dionizosa,Hefajstosa,Ateny,Apolla,Artemidy i Aresa.
Dionizos,bóg wina. Potrafi wprowadzić człowieka w obłęd. Za karę musi prowadzić Obóz Herosów razem z Hejronem.
Hades jest królem Podziemi. Jego żoną jest Persefona,którą porwał. W szczegóły nie wchodzę. Ma swojego psa,Cerbera(ten trójgłowy piesek). Jeśli się z nim zadzierało,miało się przechlapane za życia i po życiu. Na szczęście nie spotkałam się z tym okrutnym i zimnym bogiem.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)